Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 18 lipca 2016
Ikona wyjęta z kontekstu
- Nie wyglądasz na artystkę. Stąpasz szybko, pewnie, z taką energią w nogach, z jaką wyłącznie pragmatycy. Ugruntowani. W pospiechu. Mocno po ziemi. Siła jest w nogach.
- Nie nosisz rozciągniętych swetrów. I mówisz normalnie. Kto by pomyślał...?
- Ja, wiesz, zawsze staram się, aby racjonalnie... Sprzedaję w Kiermusach użytkowy szajs, a sztuka mści się - pamiętliwa jędza. Zazdrosna suka. Nie waż się zdradzić.
- Kobiety są zaborcze.
- W świecie artystów nie miejsce dla tych, którzy wślizgnęli się do teorii. Nazwisko w mądrej książce - tani blichtr. W świecie artystów nie ma miejsca dla sztuki. Sztukmistrze i magicy utrzymują się na fali - mają dobrą prasę, stypendia i wernisaże. Mecenat?! Archaizm! A sponsoring gorszy od cenzorów.
- Kobiety bywają sprzedajne. Rozmieniają się na drobne - poławiaczki tłustych banknotów. - Wszędzie podczepianie pod... Do wzlotów - trampolina, szerokie plecy. I z nurtem! Z prądem.
- Musisz, musisz określić się, uczepić wzorców i korzeni! Musisz wiedzieć z czego wyrastasz.
- A w obiektywie - Lolita...! Sarenka.
- Wiesz, chciałbym kobietę - nie erudytkę. Dyskutować o sztuce? Może ja wolę, aby usmażyła schabowe - chrupiące? Ziemniaki z okrasą... Chcę chwalić się nią, pokazywać...
- Perspektywa wielokrotna nie daje widoków. Performance? Odbiorcy bez narzędzi, nie do pojęcia.
- A "róża jest różą"...
- A chciałbym, aby ona bez pruderii w akcie, w którym oddam jej białko...
- Wiesz, sprzedam ten zabytkowy samowar. Po babci. Szkoda ryngrafów.
- Szkoda ikony.
- Nie nosisz rozciągniętych swetrów. I mówisz normalnie. Kto by pomyślał...?
- Ja, wiesz, zawsze staram się, aby racjonalnie... Sprzedaję w Kiermusach użytkowy szajs, a sztuka mści się - pamiętliwa jędza. Zazdrosna suka. Nie waż się zdradzić.
- Kobiety są zaborcze.
- W świecie artystów nie miejsce dla tych, którzy wślizgnęli się do teorii. Nazwisko w mądrej książce - tani blichtr. W świecie artystów nie ma miejsca dla sztuki. Sztukmistrze i magicy utrzymują się na fali - mają dobrą prasę, stypendia i wernisaże. Mecenat?! Archaizm! A sponsoring gorszy od cenzorów.
- Kobiety bywają sprzedajne. Rozmieniają się na drobne - poławiaczki tłustych banknotów. - Wszędzie podczepianie pod... Do wzlotów - trampolina, szerokie plecy. I z nurtem! Z prądem.
- Musisz, musisz określić się, uczepić wzorców i korzeni! Musisz wiedzieć z czego wyrastasz.
- A w obiektywie - Lolita...! Sarenka.
- Wiesz, chciałbym kobietę - nie erudytkę. Dyskutować o sztuce? Może ja wolę, aby usmażyła schabowe - chrupiące? Ziemniaki z okrasą... Chcę chwalić się nią, pokazywać...
- Perspektywa wielokrotna nie daje widoków. Performance? Odbiorcy bez narzędzi, nie do pojęcia.
- A "róża jest różą"...
- A chciałbym, aby ona bez pruderii w akcie, w którym oddam jej białko...
- Wiesz, sprzedam ten zabytkowy samowar. Po babci. Szkoda ryngrafów.
- Szkoda ikony.
kategoria:
proza
|
0
X skomentowano
wtorek, 22 września 2015
O niczym (proza)
Niczym cię nie zaskoczy - jesień - jaka jest, widzi każdy. Krople deszczu za kołnierzem - banalny kadr, obrazek zmokłej kury, niezgrabnie omijającej kałuże. I po deszczu. I po sprawie! Jak zawsze o tej porze roku.
I co z tego, że dla mnie pojedyncze krople kreślą okręgi, skoro dla ciebie toną, albo spadają jak kamienie. A melancholia to tylko taka sytuacja, że marudzę. Bujam w obłokach, czepiam się, że nie widzisz. Sercem? Gładki mięsień tłoczy wzburzoną, bo kto to słyszał? Tak obcesowo w tę kałużę kamieniem?! Ufff…! Zjawiska pogodowe są zmienne, ale znamiennie cykliczne i powszechnie oswojone.
Usiądźmy przed telewizorem. Może coś powiedzą o Krwawym Księżycu i będzie temat! Potem - dopiero za dwadzieścia osiem lat! W takiej sytuacji trzeba przegadać, zagadać, zagłuszyć myśl o mało istotnej dla Kosmosu kwestii, że być może, zmienimy się diametralnie. W energię. Wierzysz?
A w człowieka, a w absolut, a w pokrewieństwo dusz? Bez znaczenia, dowiemy się później, kiedyś, zweryfikujemy. Albo rozmawiajmy o niczym - na dzisiaj i na potem. Ale nie zawracajmy, proszę. Zachodźmy regularnie w głowę, bo nic nie ma znaczenia poza..., zanim… Bo liczy się teraz, bo liczymy krople na karku - jedna, dwie, trzy… Jak powtórzenia, niezamierzone, jak chybione rzuty do celu, jak wiatr w rękawie, jak dziury w domorosłych filozofiach, które kołem się toczą.
Nic nas już nie zaskoczy? Tu: protestuję! Wzdragam się, ciskam gromy, a ty mówisz, że wybałuszam te swoje niebieskie i robię miny. I że nie ma zaskoczenia, bo wiedziałeś, że tak będzie. Nie wiedziałam, że taki jesteś? No fakt, gonię w piętkę - wiem, od dawna. Odkąd gadam z telewizorem, odkąd przestałam tańczyć z deszczem, odkąd tęczę zamieniłam na zjawisko optyczne. Odkąd nic szczególnego nie stało się z niczego. Absolutnie nic.
kategoria:
proza
|
2
X skomentowano
czwartek, 14 maja 2015
Impresja pod wpływem Ludluma
Wsiadła do taksówki. Kierowca odłożył Ludluma i zagaił, że znowu deszcz. Podjęła rozmowę, bo wolała żywe słowo, a pisane było wybiegiem, ucieczką. Ona - zbiegiem od okoliczności, przyjaciółką klawiatury, której doprawiała zgryz, czasem pazurki. W mysz wciskała oczy i wymowę kliknięć. Bez kitu!
Taksówkarz czytający Ludluma był dobrym pretekstem do rozmowy, pogaduch, do ćwiczenia aparatu mowy. Nieużywany zanika. Podobno. Choć to niepodobieństwo, aby akurat w jej gardle, ustach, uległ atrofii - ten niezbędnik, jej niezbędnik - miała tyle słów, którymi chciała zdążyć podzielić się, oddać w wieczystą dzierżawę, albo choć wypożyczyć. Na chwilę i za frajer.
Kierowca dziwił się, że kobieta woli Sołżenicyna, niż kobiecą, mdlącą beletrystykę. Bo pasażerki, to na ogół zakochane w Harlekuinach i w książkach kucharskich.
A na diabła jej te książki, takie książki? W kuchni świetnie improwizuje ciężkie jadło, a tajemnice alkowy najlepiej się przemilcza, z lekkim znaczącym uśmiechem. Czytanie Harlequina to podglądactwo, przez dziurkę od klucza, mało wyszukanych fantazji sfrustrowanych autorów. To wchodzenie w nieistniejący światek fantasmagorii, syntetycznych ochów i achów, równie syntetycznych bohaterów.
A dobra proza to życie! A najlepsza literatura to fakty, bo nieprzewidywalna, zaskakująca i zdająca się być niewiarygodną. Prawdziwą sztuką jest przeżyć, a potem rzucić na pożarcie, usłyszeć, że “to niemożliwe, a wręcz nieprawdopodobne, jak telewizyjne reportaże”. Bo życie nie wyczerpuje pomysłów, bo pisze tak, że dech zapiera, bo… ona dobrze to zna. I pomysły się nie kończą, bo tak trudno nadążyć za akcją, za reakcją, za… gwałtowną myślą pod wpływem…
Auto zatrzymało się przed domem. Już? Wysiadła. Sąsiadka zafalowała firanką, zaszczekał pies, zazgrzytała furtka, obcasy zastukały na betonie. Klucz w zamek. Schody, spocznik, kuchnia, życie, klawiatura, akcja, przemilczenie.
Taksówkarz czytający Ludluma był dobrym pretekstem do rozmowy, pogaduch, do ćwiczenia aparatu mowy. Nieużywany zanika. Podobno. Choć to niepodobieństwo, aby akurat w jej gardle, ustach, uległ atrofii - ten niezbędnik, jej niezbędnik - miała tyle słów, którymi chciała zdążyć podzielić się, oddać w wieczystą dzierżawę, albo choć wypożyczyć. Na chwilę i za frajer.
Kierowca dziwił się, że kobieta woli Sołżenicyna, niż kobiecą, mdlącą beletrystykę. Bo pasażerki, to na ogół zakochane w Harlekuinach i w książkach kucharskich.
A na diabła jej te książki, takie książki? W kuchni świetnie improwizuje ciężkie jadło, a tajemnice alkowy najlepiej się przemilcza, z lekkim znaczącym uśmiechem. Czytanie Harlequina to podglądactwo, przez dziurkę od klucza, mało wyszukanych fantazji sfrustrowanych autorów. To wchodzenie w nieistniejący światek fantasmagorii, syntetycznych ochów i achów, równie syntetycznych bohaterów.
A dobra proza to życie! A najlepsza literatura to fakty, bo nieprzewidywalna, zaskakująca i zdająca się być niewiarygodną. Prawdziwą sztuką jest przeżyć, a potem rzucić na pożarcie, usłyszeć, że “to niemożliwe, a wręcz nieprawdopodobne, jak telewizyjne reportaże”. Bo życie nie wyczerpuje pomysłów, bo pisze tak, że dech zapiera, bo… ona dobrze to zna. I pomysły się nie kończą, bo tak trudno nadążyć za akcją, za reakcją, za… gwałtowną myślą pod wpływem…
Auto zatrzymało się przed domem. Już? Wysiadła. Sąsiadka zafalowała firanką, zaszczekał pies, zazgrzytała furtka, obcasy zastukały na betonie. Klucz w zamek. Schody, spocznik, kuchnia, życie, klawiatura, akcja, przemilczenie.
kategoria:
proza
|
0
X skomentowano
wtorek, 21 kwietnia 2015
e-wszystko
Przetarł monitor. Jpg nowiutkiego certyfikatu!
Tyle godzin, dni wnikliwego analizowania witryn, portali społecznościowych, tematycznych, randkowych...! Nieprzespane noce i ta nowa choroba - chorpor! Ale było warto! Nawet koszt e-szkolenia i mozolne próby studiowania najcięższych sieciowych przypadków, nie poszły na marne.
Najciekawsze były wielokrotne tożsamości i e-psychodramy, w których raz był lizodupem, a za chwilę najgrubszego kalibru trollem, hejterem. Prowokował, wywoływał e-harce i netowe końce świata. Z pozoru tylko nie powiązane ze sobą.
Najlepsze były panienki z blogów. Po wrogich desantach na ich pamiętniczkach, z mimoz piszących ckliwe melodramaty przeobrażały się w kąśliwe suki z ulicznego happeningu. Sypały rynsztokowymi latynizmami i podwórzowymi zwrotami w stylu: "pier...l się, frajerze!" Zaiste - blogi były najlepszymi warsztatami dla rozgryzania dwoistości natur. Anonimowość zbierała tu żniwa poczucia bezkarności z jednoczesnym dążeniem do nietykalności; poczucia krzywdy z totalnym brakiem poczucia winy. Mechanizm empatii kwitł! TeWuA ocierało łzy z oczu zapłakanej - lewą ręką. Prawą brało zaś za pysk antagonistę, który chusteczkami Zewa Softis szykanował autorkę tekstu o niespełnionej miłości jej kota do suki sąsiadów. TeWuA wrzało, syczało, kąsało... W końcu cichło - po kilku najazdach na ich podwórka.
Na poetyckich też bywało ciekawie. Wystarczyło wyszukać taki portal, na którym moderatorzy spali. Albo taki, gdzie nikt nie moderował. Niezła jazda! Ciekawy avat, oryginalny nick, seria ogranych komentarzowych (najlepiej krytycznych) zdań i... poeci nie wytrzymywali ciśnienia. Ciskali...! Czym się dało - spod pióra - jak w Kabarecie Olgi Lipińskiej. Kwitła inspiracja, a wierszykom spod smyka urastał pazur.
Certyfikat powędrował właśnie w załączniku do zaprzyjaźnionych e-terapetów.
Teraz tylko wyszukać fotę ładnej e-kozetki i podróż w www.terapia.siedz!!! www.e-psychol.com!!!
Wszystko na oścież...! Można być aniołem, można i diabłem! Diagnozować! Leczyć! Prognozy... Terminalne wyroki. Wszystko... Tylko zarejestruj się, zaloguj. Dobiorę się. Nieważne, kim jesteś - kobietą /mężczyzną/ hermafrodytą... Rozdziewiczę, albo rozprawiczę... Z lubością, z podłością... - z wzajemnością, przyjemnością. Na kozetce.
Wybrałem domenę - e-wszystko.
Najciekawsze były wielokrotne tożsamości i e-psychodramy, w których raz był lizodupem, a za chwilę najgrubszego kalibru trollem, hejterem. Prowokował, wywoływał e-harce i netowe końce świata. Z pozoru tylko nie powiązane ze sobą.
Najlepsze były panienki z blogów. Po wrogich desantach na ich pamiętniczkach, z mimoz piszących ckliwe melodramaty przeobrażały się w kąśliwe suki z ulicznego happeningu. Sypały rynsztokowymi latynizmami i podwórzowymi zwrotami w stylu: "pier...l się, frajerze!" Zaiste - blogi były najlepszymi warsztatami dla rozgryzania dwoistości natur. Anonimowość zbierała tu żniwa poczucia bezkarności z jednoczesnym dążeniem do nietykalności; poczucia krzywdy z totalnym brakiem poczucia winy. Mechanizm empatii kwitł! TeWuA ocierało łzy z oczu zapłakanej - lewą ręką. Prawą brało zaś za pysk antagonistę, który chusteczkami Zewa Softis szykanował autorkę tekstu o niespełnionej miłości jej kota do suki sąsiadów. TeWuA wrzało, syczało, kąsało... W końcu cichło - po kilku najazdach na ich podwórka.
Na poetyckich też bywało ciekawie. Wystarczyło wyszukać taki portal, na którym moderatorzy spali. Albo taki, gdzie nikt nie moderował. Niezła jazda! Ciekawy avat, oryginalny nick, seria ogranych komentarzowych (najlepiej krytycznych) zdań i... poeci nie wytrzymywali ciśnienia. Ciskali...! Czym się dało - spod pióra - jak w Kabarecie Olgi Lipińskiej. Kwitła inspiracja, a wierszykom spod smyka urastał pazur.
Certyfikat powędrował właśnie w załączniku do zaprzyjaźnionych e-terapetów.
Teraz tylko wyszukać fotę ładnej e-kozetki i podróż w www.terapia.siedz!!! www.e-psychol.com!!!
Wszystko na oścież...! Można być aniołem, można i diabłem! Diagnozować! Leczyć! Prognozy... Terminalne wyroki. Wszystko... Tylko zarejestruj się, zaloguj. Dobiorę się. Nieważne, kim jesteś - kobietą /mężczyzną/ hermafrodytą... Rozdziewiczę, albo rozprawiczę... Z lubością, z podłością... - z wzajemnością, przyjemnością. Na kozetce.
Wybrałem domenę - e-wszystko.
kategoria:
proza
|
0
X skomentowano
niedziela, 26 października 2014
Aura (cz. 3)
- A pan co teraz robi, jak pan funkcjonuje? - Padło ostatnie pytanie sędziego.
- Układam sobie nowe życie.
Twarz sędziego nie zdradzała emocji, sympatyzowania z którąkolwiek ze stron. Nawet nie próbowała rozgryźć, co jako człowiek, czuje gdzieś w duchu. Po co? Też chciała ułożyć swoją przyszłość i wolała się nie zagłębiać w emocjonalne stany, by działać racjonalnie i logicznie.
Była przygotowana na każdy ewentualny werdykt i wyeliminowała przeżywanie, strach, cholernie piekące poczucie krzywdy i cholerny gniew. Nie była przygotowana na jedno – na zakończenie procesu na tej właśnie rozprawie. Wszystko wskazywało na to, że trzeba będzie przedłożyć sądowi kolejne dokumenty, dowody, zeznania świadków... Ale sędzia powiedział:
- Dzisiaj zakończymy. Nie ma potrzeby kontynuowania.
Zgodził się tylko zapoznać z plikiem dokumentów obnażających kłamstwa pozwanego.
Na czytanie wyroku trzeba było zatem czekać do popołudnia. Poszła do domu. Nie musiała być obecna. Mecenas obiecał zadzwonić i przekazać informację.
Po kilku godzinach usłyszała w słuchawce pytanie:
- Czy siedzi pani? Nie? Więc proszę usiąść. Wyłączna wina pozwanego!
Nie było słońca, ani deszczu. Ot, przeciętna listopadowa aura. Normalny, zwykły dzień, w którym rozpływały się szczątki plastikowego kieliszka.
- Układam sobie nowe życie.
Twarz sędziego nie zdradzała emocji, sympatyzowania z którąkolwiek ze stron. Nawet nie próbowała rozgryźć, co jako człowiek, czuje gdzieś w duchu. Po co? Też chciała ułożyć swoją przyszłość i wolała się nie zagłębiać w emocjonalne stany, by działać racjonalnie i logicznie.
Była przygotowana na każdy ewentualny werdykt i wyeliminowała przeżywanie, strach, cholernie piekące poczucie krzywdy i cholerny gniew. Nie była przygotowana na jedno – na zakończenie procesu na tej właśnie rozprawie. Wszystko wskazywało na to, że trzeba będzie przedłożyć sądowi kolejne dokumenty, dowody, zeznania świadków... Ale sędzia powiedział:
- Dzisiaj zakończymy. Nie ma potrzeby kontynuowania.
Zgodził się tylko zapoznać z plikiem dokumentów obnażających kłamstwa pozwanego.
Na czytanie wyroku trzeba było zatem czekać do popołudnia. Poszła do domu. Nie musiała być obecna. Mecenas obiecał zadzwonić i przekazać informację.
Po kilku godzinach usłyszała w słuchawce pytanie:
- Czy siedzi pani? Nie? Więc proszę usiąść. Wyłączna wina pozwanego!
Nie było słońca, ani deszczu. Ot, przeciętna listopadowa aura. Normalny, zwykły dzień, w którym rozpływały się szczątki plastikowego kieliszka.
kategoria:
proza
|
0
X skomentowano
sobota, 25 października 2014
Aura (cz. 2)
Pieprzona aura! Świeciło słońce, choć wiosna na dobre nie mogła się rozkręcić.
Starannie ułożyła włosy, makijaż dopieściła rozświetlającymi kuleczkami. Ubrała się nienagannie - z tzw. klasą - elegancki modny żakiet harmonizował z białą koszulą i klasyczną spódniczką do pół-kolanka. Sportowy fason lakierek ciekawie zestawiał się z ich wyjściowym połyskiem.
Poszła sama. On pojechał autem. Do ołtarza szli uśmiechnięci - oboje. Pod salą rozpraw rzucił w jej kierunku wściekłe spojrzenie. "Tak wygląda nienawiść" - pomyślała i zrezygnowała z gestu podania ręki, który obojgu dałby choćby namiastkę poczucia, że dwadzieścia cztery lata nie poszły w błoto. Na sali proponował, by nie orzekać. Wiedziała, że nigdy, przenigdy nie przyzna się do winy.
Pieprzona aura! W takim dniu! Mówiła opanowanym tonem - zdarzenia, fakty, kolejne lata w migawkach. Brzmiały jak groteskowy świat - jej pieprzony świat - więcej niż połowa życia... Ich ślubni świadkowie już od dawna byli rozwiedzeni. Mieli to za sobą. Mogli budować swoje nowe życia. A życie ma się ponoć tylko jedno!
Życie! Jej polisa już nie istniała - dzięki niej mogła opłacić prawnika. To dodawało otuchy; świadomość, że ktoś ją reprezentuje. Wspiera i pomaga.
Opowiadała: "Mój mąż, małżonek..." Potem on opowiadał: "Ona, ta kobieta..! Ta pani! Była żona!" Jakby nie znał jej imienia, jakby była obca. Tonem i sformułowaniami lekceważył, gestami krzyczał, wymachiwał dłońmi pogardę. Zdumienie w oczach ławniczek.
Ona też była zdumiona: "Ta kobieta chce rozwodu dla pieniędzy!". Szlag...! Nigdy nie pomyślałaby, że usłyszy tak irracjonalny zarzut. Tylko jeden. "Do ubiegłego maja było dobrze" - brzmiała odpowiedź męża na pytanie sędziego. "Owszem, dobrze - jemu! - pomyślała gniewnie. - Szlag...!"
Jego prawnik próbował wytrącać ją z równowagi - strofował: "Proszę nie zwracać się do mnie! Proszę zwracać się do sądu!". Odpowiadając więc na jego pytania patrzyła w oczy ławniczek i sędziego. Stenotypistka zapisywała dokładnie jej słowa. Koleje małżeństwa w gorzkiej pigułce. Wzrok sędziego co chwila skupiał się na jej dłoniach - nie opanowała ich drżenia.
Ze sprawy wypadł jak burza - jego prawnik za nim, rzuciwszy jej z uśmiechem "do widzenia".
Zobaczą się już wkrótce. Na kolejnej dziwacznej sesji. Wyszła sama - tak jak przyszła. Czuła się lżejsza o całe kilogramy bólu wyrzucone z siebie w kierunku obcych ludzi. Czuła się lżejsza, choć zdawała sobie sprawę, że to ledwie pierwszy krok. Jeszcze długa droga - do siebie, do równowagi, do... Jej pamiętny kieliszek z plastycznej masy właśnie rozsypywał się w drobny mak. Będzie mogła pozmiatać jego żałosne szczątki i cieszyć się aurą, słońcem, majem. Będzie pachniał bosko...!
Starannie ułożyła włosy, makijaż dopieściła rozświetlającymi kuleczkami. Ubrała się nienagannie - z tzw. klasą - elegancki modny żakiet harmonizował z białą koszulą i klasyczną spódniczką do pół-kolanka. Sportowy fason lakierek ciekawie zestawiał się z ich wyjściowym połyskiem.
Poszła sama. On pojechał autem. Do ołtarza szli uśmiechnięci - oboje. Pod salą rozpraw rzucił w jej kierunku wściekłe spojrzenie. "Tak wygląda nienawiść" - pomyślała i zrezygnowała z gestu podania ręki, który obojgu dałby choćby namiastkę poczucia, że dwadzieścia cztery lata nie poszły w błoto. Na sali proponował, by nie orzekać. Wiedziała, że nigdy, przenigdy nie przyzna się do winy.
Pieprzona aura! W takim dniu! Mówiła opanowanym tonem - zdarzenia, fakty, kolejne lata w migawkach. Brzmiały jak groteskowy świat - jej pieprzony świat - więcej niż połowa życia... Ich ślubni świadkowie już od dawna byli rozwiedzeni. Mieli to za sobą. Mogli budować swoje nowe życia. A życie ma się ponoć tylko jedno!
Życie! Jej polisa już nie istniała - dzięki niej mogła opłacić prawnika. To dodawało otuchy; świadomość, że ktoś ją reprezentuje. Wspiera i pomaga.
Opowiadała: "Mój mąż, małżonek..." Potem on opowiadał: "Ona, ta kobieta..! Ta pani! Była żona!" Jakby nie znał jej imienia, jakby była obca. Tonem i sformułowaniami lekceważył, gestami krzyczał, wymachiwał dłońmi pogardę. Zdumienie w oczach ławniczek.
Ona też była zdumiona: "Ta kobieta chce rozwodu dla pieniędzy!". Szlag...! Nigdy nie pomyślałaby, że usłyszy tak irracjonalny zarzut. Tylko jeden. "Do ubiegłego maja było dobrze" - brzmiała odpowiedź męża na pytanie sędziego. "Owszem, dobrze - jemu! - pomyślała gniewnie. - Szlag...!"
Jego prawnik próbował wytrącać ją z równowagi - strofował: "Proszę nie zwracać się do mnie! Proszę zwracać się do sądu!". Odpowiadając więc na jego pytania patrzyła w oczy ławniczek i sędziego. Stenotypistka zapisywała dokładnie jej słowa. Koleje małżeństwa w gorzkiej pigułce. Wzrok sędziego co chwila skupiał się na jej dłoniach - nie opanowała ich drżenia.
Ze sprawy wypadł jak burza - jego prawnik za nim, rzuciwszy jej z uśmiechem "do widzenia".
Zobaczą się już wkrótce. Na kolejnej dziwacznej sesji. Wyszła sama - tak jak przyszła. Czuła się lżejsza o całe kilogramy bólu wyrzucone z siebie w kierunku obcych ludzi. Czuła się lżejsza, choć zdawała sobie sprawę, że to ledwie pierwszy krok. Jeszcze długa droga - do siebie, do równowagi, do... Jej pamiętny kieliszek z plastycznej masy właśnie rozsypywał się w drobny mak. Będzie mogła pozmiatać jego żałosne szczątki i cieszyć się aurą, słońcem, majem. Będzie pachniał bosko...!
kategoria:
proza
|
0
X skomentowano
Aura (cz. 1)
Czerwiec 1986
Wyjrzała przez okno i zniecierpliwiona pomyślała: gusła, beznadziejne gusła! W rękach wszystko - własnych i drugiej połowy. Szkoda tylko, że fryzura będzie chłonęła wilgoć. A miała być wybitnie trwała i zachwycająca. Idiotyczny deszcz właśnie dzisiaj od samego rana! Potem trochę jasnych smug i nareszcie przed cywilnym słońce. I już nie odpłynęło. Dom weselny tonął w promieniach, kiedy dotarli tam po sesji u fotografa.
Włosy wciąż trzymały się nieźle. Ale kto zamknął wejściowe drzwi?! Było słychać przygrywanie kapeli. Na Młodych jakby nikt nie czekał...! Świadek zatrąbił klaksonem. Ktoś otworzył boczne wejście. Bocznymi drzwiami zakłopotani przekroczyli próg.
- Zaczekajcie, na chleb, na sól. Już, zaraz...!
Czekali na rytuał. Jest! Chleb, sól i dwa kieliszki przewiązane wstążeczkami. Teraz za siebie; trzeba w drobny mak na szczęście! Kieliszek Młodej okazał się odporny. Więc raz jeszcze! Potoczył się na salę - w okolice podestu dla zespołu, znikł z oczu. Szukało kilkanaście par rąk, tyle samo par oczu. Jest! Kolejny rzut. Po czwartym, z wściekłością gryzącą się z białą sukienką... o ścianę...! Yes!!! Nareszcie! Trzeba walczyć, ale warto! Pieprzony niezniszczalny kieliszek!
Nadal słońce i nagrzane ławki przed budynkiem. Goście na papierosku i ploteczkach. Ciągle słońce, aż do zmierzchu. Może nie takie głupie te przesądy?
Potem mecz. Ktoś włączył TV na sali, no bo był. I mistrzostwa były. Polska - Portugalia! Faceci ustawili krzesła, kobiety piły za stołami, co jakiś czas okrzyki i trochę nerwowo. Ale fryzura jak trzeba! I bez deszczu.
Wreszcie kapela od nowa gra. Kobiety znowu w piruetach trochę bardziej zakręconych po tym babskim rozpijaniu weselnej wódki. Faceci z humorem, bo jakżeby inaczej, gdy nasi górą!? I wypić było za co! I z przytupem!
Rankiem słońce. Dobry znak.
Włosy w lekkim nieładzie.
- Głupie gusła!
- Głupi kieliszek z plastycznej nietłukącej masy!
- Taka aura.
Wyjrzała przez okno i zniecierpliwiona pomyślała: gusła, beznadziejne gusła! W rękach wszystko - własnych i drugiej połowy. Szkoda tylko, że fryzura będzie chłonęła wilgoć. A miała być wybitnie trwała i zachwycająca. Idiotyczny deszcz właśnie dzisiaj od samego rana! Potem trochę jasnych smug i nareszcie przed cywilnym słońce. I już nie odpłynęło. Dom weselny tonął w promieniach, kiedy dotarli tam po sesji u fotografa.
Włosy wciąż trzymały się nieźle. Ale kto zamknął wejściowe drzwi?! Było słychać przygrywanie kapeli. Na Młodych jakby nikt nie czekał...! Świadek zatrąbił klaksonem. Ktoś otworzył boczne wejście. Bocznymi drzwiami zakłopotani przekroczyli próg.
- Zaczekajcie, na chleb, na sól. Już, zaraz...!
Czekali na rytuał. Jest! Chleb, sól i dwa kieliszki przewiązane wstążeczkami. Teraz za siebie; trzeba w drobny mak na szczęście! Kieliszek Młodej okazał się odporny. Więc raz jeszcze! Potoczył się na salę - w okolice podestu dla zespołu, znikł z oczu. Szukało kilkanaście par rąk, tyle samo par oczu. Jest! Kolejny rzut. Po czwartym, z wściekłością gryzącą się z białą sukienką... o ścianę...! Yes!!! Nareszcie! Trzeba walczyć, ale warto! Pieprzony niezniszczalny kieliszek!
Nadal słońce i nagrzane ławki przed budynkiem. Goście na papierosku i ploteczkach. Ciągle słońce, aż do zmierzchu. Może nie takie głupie te przesądy?
Potem mecz. Ktoś włączył TV na sali, no bo był. I mistrzostwa były. Polska - Portugalia! Faceci ustawili krzesła, kobiety piły za stołami, co jakiś czas okrzyki i trochę nerwowo. Ale fryzura jak trzeba! I bez deszczu.
Wreszcie kapela od nowa gra. Kobiety znowu w piruetach trochę bardziej zakręconych po tym babskim rozpijaniu weselnej wódki. Faceci z humorem, bo jakżeby inaczej, gdy nasi górą!? I wypić było za co! I z przytupem!
Rankiem słońce. Dobry znak.
Włosy w lekkim nieładzie.
- Głupie gusła!
- Głupi kieliszek z plastycznej nietłukącej masy!
- Taka aura.
kategoria:
proza
|
0
X skomentowano
środa, 22 października 2014
Z perspektywy gałęzi
Moje siostry z wyboru cierpliwie znoszą choroby. Podnoszą ciężary i niosą nadzieję, że nie geny, nie urodzenie lecz wybór, określa świadomość. Że rodzina to nie zdjęcie przy świątecznym stole. A krew to tylko materia złożona z przypadkowych splotów.
[… podali jej błękitną chemię
teraz drzemie
zanim lek
wejdzie w krew…]
Siostry z wyboru nadają na tych samych falach, na których płynę. Choć "płynę” to słowo na wyrost, na jutro, na przyszłość. Siostry pomagają wiązać tratwę i śmieją się, kiedy palce wplątuję w liny - niezdarnie i wbrew logice.
[... opowiadała o jego "świętej pamięci…”
i o tym jak życie, wbrew, ją nęci …]
Siostry z wyboru starzeją się ze mną, gdy czas hartuje ducha, a DNA wystawia rachunki, szarpie papiery dłużne. Materia wchodzi w toksyczne mariaże z linią życia.
[ … tak bała się że przyjdzie wspak
tak śmiała się, bo gdyby…, a tak...!
i śmiała się, ze gościec
dobrze czuje się w kościach…]
Kiedy lina napręża się, siostry z wyboru luzują, podśpiewując: eeee-tam. Chwytam nutę i skanduję z nimi siostrzane pocieszanki. Lina wygina się w uśmiech.
[ … kroplówka kapie rytmicznie
na parapecie słonko w doniczce
na drzewie sroki
walczą o pokój …]
Siostry z wyboru nie mają wyboru - wrastają we mnie korzeniami i drzewo niegenealogiczne rośnie. A ja czuję się taka mała, z perspektywy gałęzi. Spoglądam w niebo - gwiazdy zrzucają srebro - wprost w koronę.
A moje siostry z wyboru hodują złote serca i ciepłe dłonie.
[… podali jej błękitną chemię
teraz drzemie
zanim lek
wejdzie w krew…]
Siostry z wyboru nadają na tych samych falach, na których płynę. Choć "płynę” to słowo na wyrost, na jutro, na przyszłość. Siostry pomagają wiązać tratwę i śmieją się, kiedy palce wplątuję w liny - niezdarnie i wbrew logice.
[... opowiadała o jego "świętej pamięci…”
i o tym jak życie, wbrew, ją nęci …]
Siostry z wyboru starzeją się ze mną, gdy czas hartuje ducha, a DNA wystawia rachunki, szarpie papiery dłużne. Materia wchodzi w toksyczne mariaże z linią życia.
[ … tak bała się że przyjdzie wspak
tak śmiała się, bo gdyby…, a tak...!
i śmiała się, ze gościec
dobrze czuje się w kościach…]
Kiedy lina napręża się, siostry z wyboru luzują, podśpiewując: eeee-tam. Chwytam nutę i skanduję z nimi siostrzane pocieszanki. Lina wygina się w uśmiech.
[ … kroplówka kapie rytmicznie
na parapecie słonko w doniczce
na drzewie sroki
walczą o pokój …]
Siostry z wyboru nie mają wyboru - wrastają we mnie korzeniami i drzewo niegenealogiczne rośnie. A ja czuję się taka mała, z perspektywy gałęzi. Spoglądam w niebo - gwiazdy zrzucają srebro - wprost w koronę.
A moje siostry z wyboru hodują złote serca i ciepłe dłonie.
kategoria:
proza
|
2
X skomentowano
środa, 10 września 2014
Wietrzność - nieudolna próba rozumienia
Minęła kolejną przecznicę, kolejnych przechodniów, przychodnię, aptekę, sklepy z krzyczącymi witrynami. Minął ją kolejny zatłoczony autobus, rowerzysta i stary Maluch. Oni też minęli, a może to ona ich minęła, wyminęła, ominęła.
Zostały stop-klatki, a w nich wrażenia. Klatki i klucze do zamków na piasku. Wiatr, na ogół w oczy, bo lubiła - prosto w twarz, bez unikania…. Najchętniej w słońcu, któremu deszcze niestraszne, a burze to żywioł po dziesiąty stopień zachwytu w skali… To błyski - aż po przebłysk świadomości - bezgranicznego mijania, klatek - pułapek, piaskowych wydm i wietrznych perspektyw w odwiecznych przemijaniach i omijaniach - przecznic, sklepów, aut i ludzi. Klatek, kluczy, rdzy - zostawia plamy nie do sprania; spojrzenia - nie do odparowania. I fabułę, która potrzebuje akcji. I tylko reakcja zastyga w progu do zatrzymanych wrażeń.
Na scenie tańczą marzenia. W tle. Pierwszy plan to ulica i przechodzone sceny. Autobus. Sklep. Maluch. Przecznica.
Grzmi szyld kolorami haseł. Cichnie, blednie, szarzeje z każdym krokiem, wyminięciem, rdzą…
Błyski odbite w oczach marzeń na chwile otwierają zamki. Na chwile znajdują klucze. Po chwili budząc świadomość, że na widowni tylko fotele obejmują ramionami prawdy - aż po dziesiąty stopień w skali… Aż po ostatnią samotną kroplę zachwytu na najodleglejszym planie.
Zostały stop-klatki, a w nich wrażenia. Klatki i klucze do zamków na piasku. Wiatr, na ogół w oczy, bo lubiła - prosto w twarz, bez unikania…. Najchętniej w słońcu, któremu deszcze niestraszne, a burze to żywioł po dziesiąty stopień zachwytu w skali… To błyski - aż po przebłysk świadomości - bezgranicznego mijania, klatek - pułapek, piaskowych wydm i wietrznych perspektyw w odwiecznych przemijaniach i omijaniach - przecznic, sklepów, aut i ludzi. Klatek, kluczy, rdzy - zostawia plamy nie do sprania; spojrzenia - nie do odparowania. I fabułę, która potrzebuje akcji. I tylko reakcja zastyga w progu do zatrzymanych wrażeń.
Na scenie tańczą marzenia. W tle. Pierwszy plan to ulica i przechodzone sceny. Autobus. Sklep. Maluch. Przecznica.
Grzmi szyld kolorami haseł. Cichnie, blednie, szarzeje z każdym krokiem, wyminięciem, rdzą…
Błyski odbite w oczach marzeń na chwile otwierają zamki. Na chwile znajdują klucze. Po chwili budząc świadomość, że na widowni tylko fotele obejmują ramionami prawdy - aż po dziesiąty stopień w skali… Aż po ostatnią samotną kroplę zachwytu na najodleglejszym planie.
kategoria:
proza
|
0
X skomentowano
środa, 16 kwietnia 2014
Bez związku
Olga znalazła przypadkiem w sieci fotkę, opatrzoną dialogiem dziewczynki i chłopca:
- Czy kochasz mnie jak dorosły?
- Nie, ja ciebie kocham naprawdę.
Paradoks, który zasiał - bez przyczyny - dumania i wydumki w jej głowie na temat. A może nawet i od rzeczy, choć w dziale myśli "ad rem". Przypomniała sobie psa na leśnym parkingu – czarny, olbrzymi diabeł, z zapadniętymi bokami, wielkim łbem, spod którego łypał na samochody. Bali się wysiadać, bo psisko wyglądało jak bestia gotowa do ataku... Ona – Olga, wysiadła, bo te zapadnięte boki, bo widać – głód. Wyjęła z bagażnika prowiant, który jeszcze uchował się w podróży. Zawołała bestię i rzuciła – najpierw kanapkę. Pochłonął w mgnieniu oka i spojrzał w oczy. Rzuciła kawał żywieckiej – znowu pochłonął bijąc rekord czasu w rozgryzaniu i przełykaniu. Nic więcej nie miała. Podszedł powoli i oparł łeb o jej brzuch. Przytulił, nie odrywając ślepiów od jej oczu. A ślepia były wielkie, bursztynowe i wwiercały się podddańczo i bałwochwalczo – jak oczy kochającego dziecka. Nikt tak chyba nigdy nie patrzył na nią.
I nie chciał odejść, nie chciał oderwać od niej łba. Ani tych bursztynowych, nawet, gdy już ruszyła – bez niego. Widziała we wsecznym i mrugała, bo coś gryzło. Bez skutku.
Potem w Święta przy stole – liczne grono rodzinne i mała Ania, która przekrzykując wszystkich nagle, bez związku, wypaliła – A ja to ciocię Olgę kocham najbardziej ze wszystkich! I oczy były wbite w Olgę z zachwytem, miłością, szczerością tego spontanicznego aktu wyrażania uczuć. Bez związku z okolicznością i wątkami snującymi się ponad stołem. Bez rozważania skutków w odbiorze dorosłych, nagle milcząco pochylonych nad talerzami.
A potem jeszcze staruszka w szpitalu – zdziecinniała i jak dziecko bezradna wobec choroby, która odebrała władzę nad umysłem i prawą stroną ciała, przykuła do łóżka i do opieki świata zewnętrznego. W nocy wygrzebywała kasztany z pampersa – ostatni odruch, który dawał złudzenie logicznego pozbywania się skutków... Rano, już po nakarmieniu przez Olgę, sprawną ręką sięgnęła do jej szafki – podzieliła herbatniki na trzy stosy i powiedziała – Ten średni dla mnie, najmniejszy dla tamtej spod ściany, a ten największy, to dla pani, pani Olgo. Bo panią lubię. Spojrzała radośnie oczami dziecka, przemilczawszy powód, nie myśląc o następstwach. Skutki były w oczach Olgi - zaszczypały.
I jeszcze rozpacz w oczach staruszki z sąsiedztwa, gdy jej kot udusił gołębia. I łzy – takie dziecięco bezradne. Bez względu na to co świat pomyśli o ich logice.
Potem ciąg innych oczu - było ich w głowie coraz więcej i więcej – układały się w szereg, w ciąg przyczyn i skutków, nieprzewidywalnych następstw, które wiodły w rewiry nieprzewidywalne, niczym logika dziecka. Dziecka, które śmieje się i płacze – szczerze, spontanicznie, nie zważając na logiczne związki pomiędzy... Olga zaczęła układać myśl, że miłość jest infantylna. I że czasami szczypie w oczy. I nie warto szukać powodu. I że bywa czasem bez związku... Do którego, trzebaby zdziecinnieć, aby dojrzeć...
- Czy kochasz mnie jak dorosły?
- Nie, ja ciebie kocham naprawdę.
Paradoks, który zasiał - bez przyczyny - dumania i wydumki w jej głowie na temat. A może nawet i od rzeczy, choć w dziale myśli "ad rem". Przypomniała sobie psa na leśnym parkingu – czarny, olbrzymi diabeł, z zapadniętymi bokami, wielkim łbem, spod którego łypał na samochody. Bali się wysiadać, bo psisko wyglądało jak bestia gotowa do ataku... Ona – Olga, wysiadła, bo te zapadnięte boki, bo widać – głód. Wyjęła z bagażnika prowiant, który jeszcze uchował się w podróży. Zawołała bestię i rzuciła – najpierw kanapkę. Pochłonął w mgnieniu oka i spojrzał w oczy. Rzuciła kawał żywieckiej – znowu pochłonął bijąc rekord czasu w rozgryzaniu i przełykaniu. Nic więcej nie miała. Podszedł powoli i oparł łeb o jej brzuch. Przytulił, nie odrywając ślepiów od jej oczu. A ślepia były wielkie, bursztynowe i wwiercały się podddańczo i bałwochwalczo – jak oczy kochającego dziecka. Nikt tak chyba nigdy nie patrzył na nią.
I nie chciał odejść, nie chciał oderwać od niej łba. Ani tych bursztynowych, nawet, gdy już ruszyła – bez niego. Widziała we wsecznym i mrugała, bo coś gryzło. Bez skutku.
Potem w Święta przy stole – liczne grono rodzinne i mała Ania, która przekrzykując wszystkich nagle, bez związku, wypaliła – A ja to ciocię Olgę kocham najbardziej ze wszystkich! I oczy były wbite w Olgę z zachwytem, miłością, szczerością tego spontanicznego aktu wyrażania uczuć. Bez związku z okolicznością i wątkami snującymi się ponad stołem. Bez rozważania skutków w odbiorze dorosłych, nagle milcząco pochylonych nad talerzami.
A potem jeszcze staruszka w szpitalu – zdziecinniała i jak dziecko bezradna wobec choroby, która odebrała władzę nad umysłem i prawą stroną ciała, przykuła do łóżka i do opieki świata zewnętrznego. W nocy wygrzebywała kasztany z pampersa – ostatni odruch, który dawał złudzenie logicznego pozbywania się skutków... Rano, już po nakarmieniu przez Olgę, sprawną ręką sięgnęła do jej szafki – podzieliła herbatniki na trzy stosy i powiedziała – Ten średni dla mnie, najmniejszy dla tamtej spod ściany, a ten największy, to dla pani, pani Olgo. Bo panią lubię. Spojrzała radośnie oczami dziecka, przemilczawszy powód, nie myśląc o następstwach. Skutki były w oczach Olgi - zaszczypały.
I jeszcze rozpacz w oczach staruszki z sąsiedztwa, gdy jej kot udusił gołębia. I łzy – takie dziecięco bezradne. Bez względu na to co świat pomyśli o ich logice.
Potem ciąg innych oczu - było ich w głowie coraz więcej i więcej – układały się w szereg, w ciąg przyczyn i skutków, nieprzewidywalnych następstw, które wiodły w rewiry nieprzewidywalne, niczym logika dziecka. Dziecka, które śmieje się i płacze – szczerze, spontanicznie, nie zważając na logiczne związki pomiędzy... Olga zaczęła układać myśl, że miłość jest infantylna. I że czasami szczypie w oczy. I nie warto szukać powodu. I że bywa czasem bez związku... Do którego, trzebaby zdziecinnieć, aby dojrzeć...
kategoria:
proza
|
6
X skomentowano
środa, 9 kwietnia 2014
W głąb nocy
Pantera była czarna. Równie duża jak lwy - oswojone. Ze stoickim spokojem między dziećmi. Ona – czarna i lśniąca - chowała pazury, ale przez skórę czuło się, że nieobliczalna i dzika. Pod jedwabistymi pozorami oswojenia.
Dzieci nie widziały jak w jej ślepiach błyska ostrze, jak mięśnie drżą pod sierścią. Drażniły, nie przeczuwając. Lew łagodnie potrząsnął grzywą. Wodził lwice. Potulne i spokojne. Przy nim – królu dostojnej powagi. Siły. Pan stadła, pan tego domu. Respekt.
Dom. Drewniany - był bliżej natury, niż by się mogło z pozoru wydawać. Za oknem zieleń i światło. Wewnątrz światłocienie tańczyły na wyścielonych miękkich skórach – na podłodze, na kanapie.
Dzieci nie widziały ostrza - ostrzeżenia, więc musiała je ustrzec. Krzyczała odganiając panterę. Lwy odkryły pamięć instynktu – strzygły uszami, zastygały gotowe do wyprawy w głąb bestii, która właśnie podnosiła łeb. Nie było dźungli, ale żyły jej prawa – w pazurach pantery, w ślepiach, w napiętych mięśniach. I w skoku – do gardła, z nagła, z gibką dzikością, gdy strzegła, a lwy czujnie strzygły i wciągały zapach potu – strachu. Instynkt kazał rękoma rozwierać paszczę dzikiej, gibkiej, nieobliczalnej, nie dać zacisnąć, zewrzeć. Kazał rozdzierać żuchwę, choćby ból w ramionach, choćby działo się wszystko, choćby... jak najdłużej. Zastygła, okrzepła, ale ręce wciąż rozwierały. Czuły siłę kłów, ślinę, która zdradzała, że zastygła na chwilę, na zmylenie...
Obudził ból w mięśniach, ręce z mocą obejmowały własne ramiona – napięte, jak do skoku, jak do obrony, jak do walki na śmierć. O życie. W oswojonej – nieobliczalnej dżungli. Uśpione instynkty budziły się nocą i przeciągały, jak lwice, wybudzone ze snu pomrukiem drzemiącej bestii.
Dzieci nie widziały jak w jej ślepiach błyska ostrze, jak mięśnie drżą pod sierścią. Drażniły, nie przeczuwając. Lew łagodnie potrząsnął grzywą. Wodził lwice. Potulne i spokojne. Przy nim – królu dostojnej powagi. Siły. Pan stadła, pan tego domu. Respekt.
Dom. Drewniany - był bliżej natury, niż by się mogło z pozoru wydawać. Za oknem zieleń i światło. Wewnątrz światłocienie tańczyły na wyścielonych miękkich skórach – na podłodze, na kanapie.
Dzieci nie widziały ostrza - ostrzeżenia, więc musiała je ustrzec. Krzyczała odganiając panterę. Lwy odkryły pamięć instynktu – strzygły uszami, zastygały gotowe do wyprawy w głąb bestii, która właśnie podnosiła łeb. Nie było dźungli, ale żyły jej prawa – w pazurach pantery, w ślepiach, w napiętych mięśniach. I w skoku – do gardła, z nagła, z gibką dzikością, gdy strzegła, a lwy czujnie strzygły i wciągały zapach potu – strachu. Instynkt kazał rękoma rozwierać paszczę dzikiej, gibkiej, nieobliczalnej, nie dać zacisnąć, zewrzeć. Kazał rozdzierać żuchwę, choćby ból w ramionach, choćby działo się wszystko, choćby... jak najdłużej. Zastygła, okrzepła, ale ręce wciąż rozwierały. Czuły siłę kłów, ślinę, która zdradzała, że zastygła na chwilę, na zmylenie...
Obudził ból w mięśniach, ręce z mocą obejmowały własne ramiona – napięte, jak do skoku, jak do obrony, jak do walki na śmierć. O życie. W oswojonej – nieobliczalnej dżungli. Uśpione instynkty budziły się nocą i przeciągały, jak lwice, wybudzone ze snu pomrukiem drzemiącej bestii.
![]() |
| Alfred Kubin: Czarna pantera |
kategoria:
proza
|
0
X skomentowano
piątek, 7 lutego 2014
Następnym razem policzy ludzi
- A niech to jasny szlag...! – pomyślała i opatulona kosmatym swetrem podążyła ścieżką biegnącą wzdłuż szpaleru nagich parkowych drzew.
Liczyła cienie, ale było ich tak dużo, że co jakiś czas zaczynała od nowa:
- Jeden, dwa, trzy…
W tę monotonię uciekła od nieokiełznanych myśli. Chciała wtopić się w cienie, stać się przeźroczysta, niewidzialna, a może nawet bezcielesna…
Po kolejnym „dwa” potknęła się. Spojrzała pod nogi – nie zauważyła żadnej przeszkody, więc mechanicznie kontynuowała: - Trzy… Kolejne potknięcie i odczucie, jakby ktoś chwycił ją za kostkę. Ale nikogo nie było. Ze zdziwienia zgubiła rachubę i zaczęła od początku: - Jeden, dwa… Tym razem omal nie upadła na ziemię. Zatrzymała się, rozejrzała wokół i krzyknęła:
- Co jest, do cholery?!
- Nie co, nie co! Zapytaj lepiej kto! I do diabła, przestań liczyć! Nienormalna jesteś? Wariatka?! We łbach się tym babom przewraca!
Usiadła. Dokładnie tam gdzie stała - między którymś_tam a którymś_tam cieniem. Zaczęła dygotać. Poczuła zimno, którego wcześniej nie czuła. Rozryczała się. Siedziała na środku alei, pewna, że postradała zmysły, albo że prześladuje ją duch, zjawa, upiór…
- No i czego ryczysz, debilko?! Przecież to nic nadzwyczajnego. Przecież to ja – wizualizacja twojej idiotycznej chęci bycia niewidoczną. I jak ci się podobam? He he...! Piękność, no nie?!
Próbowała wodzić wzrokiem za głosem, ale wysiłki spełzały na niczym. Głos dobiegał znad głowy, po chwili zza pobliskich krzaków, następnie wrzeszczał wprost do ucha:
- Głupia! Fantastka! Wariatka!
Poderwała się do ucieczki. Chciała znaleźć się w swoim pokoju. Nie chciała słuchać, słyszeć, rozumieć. A zresztą! Jak zrozumieć?! Gada z jakąś Wizualizacją! Naprawdę oszalała!
Zapragnęła zamienić się w drzewo. Drzewa nie muszą słuchać, nie muszą odpowiadać, nie muszą uciekać, drżeć z zimna. Nie mają serc, które kołaczą ze strachu… Są takie spokojne… Głos ucichł. Wróciło opanowanie. Wrócił spokój. To dziwne – przecież licząc cienie nie była spokojna… Potem też ten strach..., a teraz wszystko odpłynęło, wszystko kołysało, usypiało… Księżyc jakby się przybliżył, niemal do policzka, niemal na wyciągnięcie ręki… Wyciągnęła ją więc, ale nie miała siły by go dotknąć, pochwycić… Nie mogła zacisnąć pięści...! I było jej to obojętne. Nie czuła niczego poza miarowym kołysaniem i głębokim przekonaniem, że w jej nogach tkwi niezłomna siła - siła, która sprawia, że mocno stąpa po ziemi...!
- Stąpa?! Uświadomiła sobie, że tkwi w miejscu, że nie może zrobić kroku, że otaczają ją cienie… I że jest jej to absolutnie obojętne. I że nie musi niczego, absolutnie niczego wizualizować, aby się spełniło. I niczego nie liczy… I na nic nie liczy. I nic się nie liczy…
Kiedy obudziła się, ostrożnie poruszyła lewą stopą, zaraz potem prawą. Zacisnęła pięści, zwolniła uścisk, wyprostowała palce… Usiłowała odgadnąć, w jakiej przestrzeni się znajduje. Czy istnieje czas, czy jest może tylko tykanie zegara? Co, jeśli czas jest złudzeniem, albo pamięcią neuronów, które utrwaliły dawne obrazy, dźwięki, smaki, zapachy…? Co, jeśli to one przechowały wszelkie ulotności, a teraz wyświetlają migawki - zupełnie jak w Starym Kinie…?
Postanowiła otworzyć oczy, pomimo obawy, że materia przestała istnieć, bądź że przybrała zupełnie nową nieznaną formę bytu. A nieznane budziło strach, niszczyło niedawny wszechogarniający spokój. Poczuła jakiś ruch - nieznaczne drgnięcia materaca. Satynowa pościel zaszeleściła. Coś mokrego i ciepłego dotknęło jej policzka, kilkakrotnie go musnęło, a po chwili to coś zaczęło skomleć… Kiedyś, przed erą absolutnego spokoju, jej pies budził ją w taki właśnie sposób. Domagał się spaceru, domagał się wstania z łóżka. Szantażował poszczekiwaniem. Dawny nawyk wrócił – w jej świadomości obudził komendę: wstać! Trzeba wreszcie otworzyć oczy i przekonać się, co aktualnie jest prawdą, co aktualnie otacza. O ile w ogóle prawda istnieje. Jeżeli w ogóle coś ją otacza.
Ostrożnie sięgnęła dłońmi do oczu. Poczuła ciepło powiek i gładkość gałek pod nimi. Poczuła szorstkość rzęs. Sprawdziła, czy brwi są równie szorstkie i jak kiedyś - nieco asymetryczne. Delikatnie uniosła lewą powiekę, zamknęła, znowu otworzyła. Potem prawą. Zobaczyła, że nie ma cieni, że przez firankę sączy się jaskrawe światło. Zobaczyła, że firanka jest … Jest więc materia - pies, jej ciało, pościel, chłodna satyna.
Poderwała się na nogi – sprawdzała pośpiesznie, czy da radę stąpać. Dawała radę. Sięgnęła po szlafrok, wsunęła stopy w kapcie i poszła w kierunku drzwi wiodących do ogrodu. Pies był szczęśliwy, merdał ogonem, pobiegł wprost pod ulubione drzewko. Podobnie jak kiedyś. Tak, jakby nic się nie stało, jakby nie było tamtej ery, w której nic..., absolutnie nic…
Zaparzyła kawę. Zapach był silny, hipnotyzował ślinianki, władał kuchnią, władał przestrzenią, władał jej zmysłami, jej wolą, a właściwie uległością. Sięgnęła po papierosa. Odruch też nosił znamiona władcy, władcy absolutnego. Posłuszną nagradzał pozorem spokoju, udawanym rozluźnieniem mięśni i wyciszeniem myśli. Zaciągnęła się, by po chwili uwolnić chmurę dymu – wszczął walkę o hegemonię z woniami snującymi się między kuchennymi sprzętami.
- Nie wygrasz ze mną – papieros syczał nie wiedzieć do kogo. Może do kawy, może do zapachu, a może do niej… A może do siebie. Syczał, dopóki w popielniczce nie spoczął kikut przesiąknięty żółtą nieestetyczną zawartością.
Było wszystko sprzed… Jakby nie było tamtego, jakby tamto nigdy nie zaistniało. Jakby słowa - ”wariatka, debilka” - nie padły. Ale te słowa nadal były. Pulsowały. A skoro były, istniało również tamto. Istniał więc absolutny spokój, jak też absolutny pierwotny strach. Nie było już tylko czego rachować, liczyć, podsumowywać. Zostało w szpalerze, w kołysaniu, w cieniach… W twarzy księżyca. W milczeniu księżyca. Zostało w miejscu, w którym niegdyś serce przestało odliczać…
- Co jest, do cholery?!
- Nie co, nie co! Zapytaj lepiej kto! I do diabła, przestań liczyć! Nienormalna jesteś? Wariatka?! We łbach się tym babom przewraca!
Usiadła. Dokładnie tam gdzie stała - między którymś_tam a którymś_tam cieniem. Zaczęła dygotać. Poczuła zimno, którego wcześniej nie czuła. Rozryczała się. Siedziała na środku alei, pewna, że postradała zmysły, albo że prześladuje ją duch, zjawa, upiór…
- No i czego ryczysz, debilko?! Przecież to nic nadzwyczajnego. Przecież to ja – wizualizacja twojej idiotycznej chęci bycia niewidoczną. I jak ci się podobam? He he...! Piękność, no nie?!
Próbowała wodzić wzrokiem za głosem, ale wysiłki spełzały na niczym. Głos dobiegał znad głowy, po chwili zza pobliskich krzaków, następnie wrzeszczał wprost do ucha:
- Głupia! Fantastka! Wariatka!
Poderwała się do ucieczki. Chciała znaleźć się w swoim pokoju. Nie chciała słuchać, słyszeć, rozumieć. A zresztą! Jak zrozumieć?! Gada z jakąś Wizualizacją! Naprawdę oszalała!
Zapragnęła zamienić się w drzewo. Drzewa nie muszą słuchać, nie muszą odpowiadać, nie muszą uciekać, drżeć z zimna. Nie mają serc, które kołaczą ze strachu… Są takie spokojne… Głos ucichł. Wróciło opanowanie. Wrócił spokój. To dziwne – przecież licząc cienie nie była spokojna… Potem też ten strach..., a teraz wszystko odpłynęło, wszystko kołysało, usypiało… Księżyc jakby się przybliżył, niemal do policzka, niemal na wyciągnięcie ręki… Wyciągnęła ją więc, ale nie miała siły by go dotknąć, pochwycić… Nie mogła zacisnąć pięści...! I było jej to obojętne. Nie czuła niczego poza miarowym kołysaniem i głębokim przekonaniem, że w jej nogach tkwi niezłomna siła - siła, która sprawia, że mocno stąpa po ziemi...!
- Stąpa?! Uświadomiła sobie, że tkwi w miejscu, że nie może zrobić kroku, że otaczają ją cienie… I że jest jej to absolutnie obojętne. I że nie musi niczego, absolutnie niczego wizualizować, aby się spełniło. I niczego nie liczy… I na nic nie liczy. I nic się nie liczy…
***
Kiedy obudziła się, ostrożnie poruszyła lewą stopą, zaraz potem prawą. Zacisnęła pięści, zwolniła uścisk, wyprostowała palce… Usiłowała odgadnąć, w jakiej przestrzeni się znajduje. Czy istnieje czas, czy jest może tylko tykanie zegara? Co, jeśli czas jest złudzeniem, albo pamięcią neuronów, które utrwaliły dawne obrazy, dźwięki, smaki, zapachy…? Co, jeśli to one przechowały wszelkie ulotności, a teraz wyświetlają migawki - zupełnie jak w Starym Kinie…?
Postanowiła otworzyć oczy, pomimo obawy, że materia przestała istnieć, bądź że przybrała zupełnie nową nieznaną formę bytu. A nieznane budziło strach, niszczyło niedawny wszechogarniający spokój. Poczuła jakiś ruch - nieznaczne drgnięcia materaca. Satynowa pościel zaszeleściła. Coś mokrego i ciepłego dotknęło jej policzka, kilkakrotnie go musnęło, a po chwili to coś zaczęło skomleć… Kiedyś, przed erą absolutnego spokoju, jej pies budził ją w taki właśnie sposób. Domagał się spaceru, domagał się wstania z łóżka. Szantażował poszczekiwaniem. Dawny nawyk wrócił – w jej świadomości obudził komendę: wstać! Trzeba wreszcie otworzyć oczy i przekonać się, co aktualnie jest prawdą, co aktualnie otacza. O ile w ogóle prawda istnieje. Jeżeli w ogóle coś ją otacza.
Ostrożnie sięgnęła dłońmi do oczu. Poczuła ciepło powiek i gładkość gałek pod nimi. Poczuła szorstkość rzęs. Sprawdziła, czy brwi są równie szorstkie i jak kiedyś - nieco asymetryczne. Delikatnie uniosła lewą powiekę, zamknęła, znowu otworzyła. Potem prawą. Zobaczyła, że nie ma cieni, że przez firankę sączy się jaskrawe światło. Zobaczyła, że firanka jest … Jest więc materia - pies, jej ciało, pościel, chłodna satyna.
Poderwała się na nogi – sprawdzała pośpiesznie, czy da radę stąpać. Dawała radę. Sięgnęła po szlafrok, wsunęła stopy w kapcie i poszła w kierunku drzwi wiodących do ogrodu. Pies był szczęśliwy, merdał ogonem, pobiegł wprost pod ulubione drzewko. Podobnie jak kiedyś. Tak, jakby nic się nie stało, jakby nie było tamtej ery, w której nic..., absolutnie nic…
Zaparzyła kawę. Zapach był silny, hipnotyzował ślinianki, władał kuchnią, władał przestrzenią, władał jej zmysłami, jej wolą, a właściwie uległością. Sięgnęła po papierosa. Odruch też nosił znamiona władcy, władcy absolutnego. Posłuszną nagradzał pozorem spokoju, udawanym rozluźnieniem mięśni i wyciszeniem myśli. Zaciągnęła się, by po chwili uwolnić chmurę dymu – wszczął walkę o hegemonię z woniami snującymi się między kuchennymi sprzętami.
- Nie wygrasz ze mną – papieros syczał nie wiedzieć do kogo. Może do kawy, może do zapachu, a może do niej… A może do siebie. Syczał, dopóki w popielniczce nie spoczął kikut przesiąknięty żółtą nieestetyczną zawartością.
Było wszystko sprzed… Jakby nie było tamtego, jakby tamto nigdy nie zaistniało. Jakby słowa - ”wariatka, debilka” - nie padły. Ale te słowa nadal były. Pulsowały. A skoro były, istniało również tamto. Istniał więc absolutny spokój, jak też absolutny pierwotny strach. Nie było już tylko czego rachować, liczyć, podsumowywać. Zostało w szpalerze, w kołysaniu, w cieniach… W twarzy księżyca. W milczeniu księżyca. Zostało w miejscu, w którym niegdyś serce przestało odliczać…
kategoria:
proza
|
2
X skomentowano
wtorek, 28 stycznia 2014
Spowiedź
Obojętność była jej obca, tak samo jak powściągliwość, czy rezerwa. Ktoś powiedział kiedyś – egzaltowana, inny - złośnica, jeszcze inny – żywe sreberko. Każde z tych określeń korespondowało z silną emocjonalnością, która budowała osobowość z pozoru silną, z pozoru pełną życia. Z pozoru – bo emocje utrudniały, komplikowały nawet to, co (z pozoru?) proste. I to – proste – dusiły na amen – zaciskając w pętlę.. Obojętność zdawała się być oazą świętego spokoju, balsamicznej ciszy, braku bólu i wszelkich niepotrzebnych do życia „poczuć” – winy, krzywdy, rozczarowania... „Poczucia” były wredne i wpełzały tam, gdzie nie powinny. Rujnowały każdą próbę zbudowania łagodności na solidnych fundamentach. Pożerały każdą, nawet najbardziej nieśmiałą myśl o wybaczeniu.
Proboszcz podczas kolędy spoglądał ze zrozumieniem. Nawet wspólczuciem, gdy hardo rzuciła:
- Od tamtego czasu nie byłam u spowiedzi – nie umiem się przełamać, bo już pękłam. Rozgrzeszenia nie będzie i tak. Bo nie ma wybaczenia, bo nie potrafię.
- Wiem, rozumiem panią. I wiem, jak konfesjonał może krępować. Tu – w kalendarzu - jest mój numer telefonu. Zachęcam. Umówimy się. Wyspowiadam w kancelarii, jeśli tak pani woli.
Nie dopowiedziała tego, co już dawno temu wymyśliła, by się usprawiedliwić. Racjonalny argument wywiedziony z warunków spowiedzi. „Żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy i zadośćuczynienie.” A przecież On nigdy nie żałował, więc nie widział potrzeby poprawy, a już tym bardziej zadośćczynienia! Jak więc Ona ma Mu wybaczyć? I dlaczego, skoro bez spełnienia tych warunków nawet Pan Bóg nie wybacza?! A Ona przecież taka nieświęta, taka laicka, taka...!
Już nie wiedziała jaka jest, kim miała być kiedyś, kim być mogła, gdyby nie to, że aby się zaimpregnować, zapragnęła zobojętnieć. Jedno było pewne – nie jest już sobą, a kim innym być nie potrafi. Może jeszcze nie potrafi, a może nigdy...
Usiadła do komputera, aby zebrać cały balast i rzucić go w twarz tego, który i tak wszystko wie, widzi i podobno ma moc. Do którego powinna się modlić. A ona pisze listy – zbuntowane, gniewne, egzaltowane, bo „poczucia”..., bo ta cholerna spowiedź, a właściwie jej brak. Bo ten spokój tak daleko powędrował w poszukiwaniu zbawiennej obojętności. I jeszcze wiara, że dopóki pisze te listy, wierzy w istnienie adresata. Wierzy, że zrozumie frazę, pełną dziwnej, dziwnej jak ona, logiki:
„Na szczęście dałeś ludzi garść – nie pozwolili runąć w przepaść.
Może w tych ludziach byłeś Ty? Kiedyś wcieliłeś się w człowieka...!”
Proboszcz podczas kolędy spoglądał ze zrozumieniem. Nawet wspólczuciem, gdy hardo rzuciła:
- Od tamtego czasu nie byłam u spowiedzi – nie umiem się przełamać, bo już pękłam. Rozgrzeszenia nie będzie i tak. Bo nie ma wybaczenia, bo nie potrafię.
- Wiem, rozumiem panią. I wiem, jak konfesjonał może krępować. Tu – w kalendarzu - jest mój numer telefonu. Zachęcam. Umówimy się. Wyspowiadam w kancelarii, jeśli tak pani woli.
Nie dopowiedziała tego, co już dawno temu wymyśliła, by się usprawiedliwić. Racjonalny argument wywiedziony z warunków spowiedzi. „Żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy i zadośćuczynienie.” A przecież On nigdy nie żałował, więc nie widział potrzeby poprawy, a już tym bardziej zadośćczynienia! Jak więc Ona ma Mu wybaczyć? I dlaczego, skoro bez spełnienia tych warunków nawet Pan Bóg nie wybacza?! A Ona przecież taka nieświęta, taka laicka, taka...!
Już nie wiedziała jaka jest, kim miała być kiedyś, kim być mogła, gdyby nie to, że aby się zaimpregnować, zapragnęła zobojętnieć. Jedno było pewne – nie jest już sobą, a kim innym być nie potrafi. Może jeszcze nie potrafi, a może nigdy...
Usiadła do komputera, aby zebrać cały balast i rzucić go w twarz tego, który i tak wszystko wie, widzi i podobno ma moc. Do którego powinna się modlić. A ona pisze listy – zbuntowane, gniewne, egzaltowane, bo „poczucia”..., bo ta cholerna spowiedź, a właściwie jej brak. Bo ten spokój tak daleko powędrował w poszukiwaniu zbawiennej obojętności. I jeszcze wiara, że dopóki pisze te listy, wierzy w istnienie adresata. Wierzy, że zrozumie frazę, pełną dziwnej, dziwnej jak ona, logiki:
„Na szczęście dałeś ludzi garść – nie pozwolili runąć w przepaść.
Może w tych ludziach byłeś Ty? Kiedyś wcieliłeś się w człowieka...!”
![]() |
| źródło obrazka: http://religia.tv/news,3611-mobilny_konfesjonal.html |
kategoria:
proza
|
0
X skomentowano
sobota, 21 grudnia 2013
Inaczej niż zazwyczaj - kontynuacja
Wcześniejszą część tekstu znajdziecie tutaj:
http://ela-gruszfeld.blogspot.com/2011/12/inaczej-niz-zazwyczaj.html
Janeczka trzepotała się pomiędzy stołem, a serwantką z zastawą. Podekscytowana i zarumieniona. Buzia jak zwykle nie zamykała się małej trzpiotce. Hanka roześmiała się mimo woli i żartobliwie pacnęła małą po plecach ścierką. - Ty papugo! Jeszcze język cię nie zrozbolał od tego gadania? Lepiej pomóż mi wyjąć makowiec z piekarnika, bo przypali się i będzie czarna zwęglona gruda!
- Mamo, mamo!!!! A wiesz, w tamtym roku u wujka Janka były kluski z makiem! Pyszne! Wiesz, taki makaron z mokrym makiem, z migdałami i rodzynkami..! Hanka uśmiechnęła się na wspomnienie Janka i Małgorzaty. - Janeczko, weź słuchawkę telefonu. Pora złożyć życzenia...
Małgorzata nie mogła uciszyć myśli. W ubiegłym roku Janeczka obudziła w niej tęsknoty - tęsknoty do przytulania własnego małego szkraba, do głaskania delikatnych dziecięcych jedwabistych włosów. Do trzymania w swej dłoni rączek – pulchnych niczym ciepłe poduszeczki... Odganiała te myśli jak natrętne muchy. Przecież nareszcie ma z kim zasiadać do stołu, ma komu zaparzać kawę, ma z kim sprzeczać się o polityczne poglądy w trakcie oglądania programów publicystycznych. No i ma do kogo przytulić się wieczorem, ma z kim pomilczeć... A kysz, natrętne myśli! I tak życie podarowało jej coś, co zdawało się już być dawno utracone. Bezpowrotnie. Więc to szczęście musi pielęgnować i nie wydziwiać!
- Ciociu Małgosiu, ciociu Małgosiu! A mama to chce zrobić z naszego makowca zwęgloną grudę! A ja bym wolała te Twoje kluski z makiem, ale mama nie umie, ja nie umiem... I wcale tego zwęglonego nie chcę! I mama prosi, żebyś dała przepis, a ja to bym wolała, żebyś przywiozła. I żebyś też przywiozła wujka Janka, bo on nie widział jak urosłam, bo duuuużo jadłam: serów i warzyw, i jadłam ryby i wszystko. I kanapki też. A wujek to mówił, że mało jem i nie urosnę! Przyjedź , ciociu i weź ze sobą wujka i te kluski, plizzzzzzzzz!!!
Hanka przerwała słowotok Janeczki, wyjmując zdecydowanym gestem słuchawkę z jej dłoni. - Małgosiu, Janeczka ma bardzo dobry pomysł. I nie mam na myśli tych klusków. Spakujcie najpotrzebniejsze rzeczy i przyjedźcie do nas na Wigilię. Mała trajkotka będzie szczęśliwa, ja też... Nieduże to moje mieszkanko, ale pomieścimy się. W końcu nie mieszkamy tak bardzo daleko od siebie, a pociągiem podróż nie trwa długo...
Janek mamrotał coś niewyraźnie o kolejnym szalonym pomyśle równie szalonych niewiast, o nieplanowanej podróży, szafie, którą trzeba zmieścić w walizce..., kosmicznej ilości jedzenia w podręcznej torbie... Ale pod nosem uśmiechał się nieznacznie na myśl o roztrzepanej Janeczce, o jej dziecięcej paplaninie i rozwichrzonych, wiecznie poczochranych włoskach. Ciekaw był też jak urządziła się Hanka w tej "mysiej norce", jak nazywała swoją nową kawalerkę ze ślepą kuchnią, z zaniedbanymi przez poprzednich lokatorów ścianami, podłogami i łazienką małą niczym lodówka.Ciekawe jak tam się zagospodarowała. Ciekawe, czy sobie radzi, bo jej pensja żałośnie niska, a sporo opłat i potrzeb, gdy wychowuje się samotnie dziecko, nie mając nawet alimentów. Uśmiech znikł, a jego miejsce zajął niepokój i troska.
W domu Małego Dziecka nie zdołał ukryć łez. Zerkał to na Małgorzatę, to znów na szeregi łóżeczek, z których docierał rozdzierający serce płacz niemowląt. Hanka wskazała im adres placówki, gdy Małgosia wyznała, że tęskni za dziećmi, że chciałaby, ale..., że biologiczny zegar..., że nie uda się... Janek milczał, nie zdradzając swojej opinii w tej sprawie. Ale to milczenie wyrażało wiecej, niż najgorętszy aplauz dla pomysłu siostry. Gosia podchodziła do łóżeczek. Też płakała.
Udali się do Ośrodka. Adopcja nie jest prostą sprawą, ale właśnie szukają nowych rodzin zastępczych... Małgosia i Janek spełniają wymogi.
Kolejna Wigilia tętniła życiem. Tym razem Hanka z Janeczką zawitały w domu Małgosi i Janka. Obie ściskały na powitanie Karolka i Jacka – bliźnięta, które właśnie kończyły trzy latka i ufnie obśliniały policzki obu nowych kuzynek. Na stole pachniał już barszcz z uszkami, karp w galarecie, kapusta z grzybami i kluski z makiem. Pośrodku, na talerzyku, opłatek.
Przybyło zastawy. Przybyło radości i nadziei, życiowych celów i dążeń, realizacji marzeń. Ubyło złych wspomnień, rozżaleń i smutku. A choinka roztaczała blask – najbardziej magiczny z magicznych. Najwartościowszy dla tych, którzy poznali jego cenę.
http://ela-gruszfeld.blogspot.com/2011/12/inaczej-niz-zazwyczaj.html
Janeczka trzepotała się pomiędzy stołem, a serwantką z zastawą. Podekscytowana i zarumieniona. Buzia jak zwykle nie zamykała się małej trzpiotce. Hanka roześmiała się mimo woli i żartobliwie pacnęła małą po plecach ścierką. - Ty papugo! Jeszcze język cię nie zrozbolał od tego gadania? Lepiej pomóż mi wyjąć makowiec z piekarnika, bo przypali się i będzie czarna zwęglona gruda!
- Mamo, mamo!!!! A wiesz, w tamtym roku u wujka Janka były kluski z makiem! Pyszne! Wiesz, taki makaron z mokrym makiem, z migdałami i rodzynkami..! Hanka uśmiechnęła się na wspomnienie Janka i Małgorzaty. - Janeczko, weź słuchawkę telefonu. Pora złożyć życzenia...
Małgorzata nie mogła uciszyć myśli. W ubiegłym roku Janeczka obudziła w niej tęsknoty - tęsknoty do przytulania własnego małego szkraba, do głaskania delikatnych dziecięcych jedwabistych włosów. Do trzymania w swej dłoni rączek – pulchnych niczym ciepłe poduszeczki... Odganiała te myśli jak natrętne muchy. Przecież nareszcie ma z kim zasiadać do stołu, ma komu zaparzać kawę, ma z kim sprzeczać się o polityczne poglądy w trakcie oglądania programów publicystycznych. No i ma do kogo przytulić się wieczorem, ma z kim pomilczeć... A kysz, natrętne myśli! I tak życie podarowało jej coś, co zdawało się już być dawno utracone. Bezpowrotnie. Więc to szczęście musi pielęgnować i nie wydziwiać!
- Ciociu Małgosiu, ciociu Małgosiu! A mama to chce zrobić z naszego makowca zwęgloną grudę! A ja bym wolała te Twoje kluski z makiem, ale mama nie umie, ja nie umiem... I wcale tego zwęglonego nie chcę! I mama prosi, żebyś dała przepis, a ja to bym wolała, żebyś przywiozła. I żebyś też przywiozła wujka Janka, bo on nie widział jak urosłam, bo duuuużo jadłam: serów i warzyw, i jadłam ryby i wszystko. I kanapki też. A wujek to mówił, że mało jem i nie urosnę! Przyjedź , ciociu i weź ze sobą wujka i te kluski, plizzzzzzzzz!!!
Hanka przerwała słowotok Janeczki, wyjmując zdecydowanym gestem słuchawkę z jej dłoni. - Małgosiu, Janeczka ma bardzo dobry pomysł. I nie mam na myśli tych klusków. Spakujcie najpotrzebniejsze rzeczy i przyjedźcie do nas na Wigilię. Mała trajkotka będzie szczęśliwa, ja też... Nieduże to moje mieszkanko, ale pomieścimy się. W końcu nie mieszkamy tak bardzo daleko od siebie, a pociągiem podróż nie trwa długo...
Janek mamrotał coś niewyraźnie o kolejnym szalonym pomyśle równie szalonych niewiast, o nieplanowanej podróży, szafie, którą trzeba zmieścić w walizce..., kosmicznej ilości jedzenia w podręcznej torbie... Ale pod nosem uśmiechał się nieznacznie na myśl o roztrzepanej Janeczce, o jej dziecięcej paplaninie i rozwichrzonych, wiecznie poczochranych włoskach. Ciekaw był też jak urządziła się Hanka w tej "mysiej norce", jak nazywała swoją nową kawalerkę ze ślepą kuchnią, z zaniedbanymi przez poprzednich lokatorów ścianami, podłogami i łazienką małą niczym lodówka.Ciekawe jak tam się zagospodarowała. Ciekawe, czy sobie radzi, bo jej pensja żałośnie niska, a sporo opłat i potrzeb, gdy wychowuje się samotnie dziecko, nie mając nawet alimentów. Uśmiech znikł, a jego miejsce zajął niepokój i troska.
W domu Małego Dziecka nie zdołał ukryć łez. Zerkał to na Małgorzatę, to znów na szeregi łóżeczek, z których docierał rozdzierający serce płacz niemowląt. Hanka wskazała im adres placówki, gdy Małgosia wyznała, że tęskni za dziećmi, że chciałaby, ale..., że biologiczny zegar..., że nie uda się... Janek milczał, nie zdradzając swojej opinii w tej sprawie. Ale to milczenie wyrażało wiecej, niż najgorętszy aplauz dla pomysłu siostry. Gosia podchodziła do łóżeczek. Też płakała.
Udali się do Ośrodka. Adopcja nie jest prostą sprawą, ale właśnie szukają nowych rodzin zastępczych... Małgosia i Janek spełniają wymogi.
Kolejna Wigilia tętniła życiem. Tym razem Hanka z Janeczką zawitały w domu Małgosi i Janka. Obie ściskały na powitanie Karolka i Jacka – bliźnięta, które właśnie kończyły trzy latka i ufnie obśliniały policzki obu nowych kuzynek. Na stole pachniał już barszcz z uszkami, karp w galarecie, kapusta z grzybami i kluski z makiem. Pośrodku, na talerzyku, opłatek.
Przybyło zastawy. Przybyło radości i nadziei, życiowych celów i dążeń, realizacji marzeń. Ubyło złych wspomnień, rozżaleń i smutku. A choinka roztaczała blask – najbardziej magiczny z magicznych. Najwartościowszy dla tych, którzy poznali jego cenę.
kategoria:
proza
|
0
X skomentowano
czwartek, 6 grudnia 2012
Polityka i Biznes – rozsądny mariaż, czy może mezalians?
Chciałoby się wierzyć, że we współczesnym świecie pojęcie: „mezalians” jest skostniałym reliktem przeszłości, wypartym przez otwartość poglądów, tolerancję i zrozumienie, czyli przez umysł wyzwolony ze stereotypów i aksjomatów.
Ale (jak zwykle) po mojej głowie przechadza się pewne uparte „ale”... Blond fryzura burzy się na równi z myślami domagającymi się ładu i uporządkowania. Tytułowa para bowiem rodzi we mnie sprzeczne odczucia, budzi niepokój i zakłopotanie.
Ekonomia wszak nie jest typem samotnicy - funkcjonuje w otoczeniu zjawisk, które determinują jej styl życia, wygląd i wewnętrzną strukturę; implikują rozwój bądź stagnację, a nawet regres... Rzutują na wzajemne relacje, na misterne łańcuszki powiązań. Biznes – kompan Ekonomii, chcąc – nie chcąc, też nie jest singlem – niezależnym i niezawisłym. W dodatku wykazuje szczególną podatność na kuszące zaloty Pani Polityki, na seksapeal tej niezrównanej uwodzicielki.
Oczyma wyobraźni widzę właśnie oburzenie w szeregach zwolenników tzw. małżeństwa z rozsądku, zawartego przez Politykę i Biznes. Słyszę jak przekonują, że Polityka uwije Biznesowi komfortowe gniazdko, pełne przemyślnych labiryntów praw i przepisów, torując mu drogę do upragnionego celu. I że inaczej po prostu się nie da! Biznes w zamian podniesie rangę i prestiż swojej połowicy.
Za moment kto inny doda, że przecież Biznes jest dzieckiem liberalnej myśli, dzieckiem, które nie cierpi przedzierania się przez ciasnotę zawiłych korytarzy; że woli ono samodzielnie poruszać się po wolnych przestrzeniach, w pojedynkę znajdując najlepszą drogę do wytyczonego punktu.
Stawiam zatem pytanie: Kto ma w tej kwestii rację? Może obserwator z dystansu, twierdzący, że małżeństwo, tak w ogóle, jest przeżytkiem? Że nie ma to jak wolny związek, bez daleko idących zobowiązań i przysiąg o wierności aż po grób..?!
Mógłby ktoś jeszcze dodać, że nie ma par idealnie dobranych! Niby racja, ale... dobrze byłoby, gdyby para w całości nie poszła w przysłowiowy gwizdek, czego i Polityce, i Biznesowi na nową drogę z serca życzę!
Ale (jak zwykle) po mojej głowie przechadza się pewne uparte „ale”... Blond fryzura burzy się na równi z myślami domagającymi się ładu i uporządkowania. Tytułowa para bowiem rodzi we mnie sprzeczne odczucia, budzi niepokój i zakłopotanie.
Ekonomia wszak nie jest typem samotnicy - funkcjonuje w otoczeniu zjawisk, które determinują jej styl życia, wygląd i wewnętrzną strukturę; implikują rozwój bądź stagnację, a nawet regres... Rzutują na wzajemne relacje, na misterne łańcuszki powiązań. Biznes – kompan Ekonomii, chcąc – nie chcąc, też nie jest singlem – niezależnym i niezawisłym. W dodatku wykazuje szczególną podatność na kuszące zaloty Pani Polityki, na seksapeal tej niezrównanej uwodzicielki.
Oczyma wyobraźni widzę właśnie oburzenie w szeregach zwolenników tzw. małżeństwa z rozsądku, zawartego przez Politykę i Biznes. Słyszę jak przekonują, że Polityka uwije Biznesowi komfortowe gniazdko, pełne przemyślnych labiryntów praw i przepisów, torując mu drogę do upragnionego celu. I że inaczej po prostu się nie da! Biznes w zamian podniesie rangę i prestiż swojej połowicy.
Za moment kto inny doda, że przecież Biznes jest dzieckiem liberalnej myśli, dzieckiem, które nie cierpi przedzierania się przez ciasnotę zawiłych korytarzy; że woli ono samodzielnie poruszać się po wolnych przestrzeniach, w pojedynkę znajdując najlepszą drogę do wytyczonego punktu.
Stawiam zatem pytanie: Kto ma w tej kwestii rację? Może obserwator z dystansu, twierdzący, że małżeństwo, tak w ogóle, jest przeżytkiem? Że nie ma to jak wolny związek, bez daleko idących zobowiązań i przysiąg o wierności aż po grób..?!
Mógłby ktoś jeszcze dodać, że nie ma par idealnie dobranych! Niby racja, ale... dobrze byłoby, gdyby para w całości nie poszła w przysłowiowy gwizdek, czego i Polityce, i Biznesowi na nową drogę z serca życzę!
![]() |
| źródło obrazka: http://www.strefabiznesu.gp24.pl |
kategoria:
proza
|
0
X skomentowano
sobota, 30 czerwca 2012
Stres - jak z nim walczyć i jak go pokonać
Konia
z rzędem temu, kto powie: Nigdy nie odczuwam stresu! „Stres”
rozgościł się w naszym słowniku, a jego objawy – w życiu.
Życie bowiem niezmiennie ustawia przed nami wysoko poprzeczkę, a
tempo życia w dzisiejszym świecie wciąż przyspiesza.
Niedawno
natrafiłam w Internecie na ciekawą publikację Agaty Ubik pt.: „Jak
pokonać stres”.
Już sam tytuł zapowiada element walki i sugeruje, że potyczka
niekoniecznie łatwą będzie. Autorka artykułu przytacza definicję
stresu wg Hansa Selye, który stwierdza, że stres
jest nieswoistą reakcją organizmu na wszelkie stawiane mu
wymagania.
A konia z rzędem temu, komu nikt (albo nic) nie postawił nijakich
wymagań. Wszędobylski stres żyje zatem i ma się dobrze! My zaś
za jego sprawą - nieco gorzej... Reakcje fizjologiczne bowiem każą
walczyć, bądź... uciekać – organizm staje w pełnej gotowości;
puls przyspiesza, pocimy się, serce bije szybciej, oddech się
spłyca, gardło zaciska, a mięśnie napinają. Długotrwały i
silny stres utrudnia życie – wiedzie do lęków, depresji,
owrzodzeń żołądka. Boli głowa, spada odporność, no i mamy
problem,
który nakręca błędne koło, bo świadomość problemu nasila nasz
niechciany stres. Stajemy bezradni wobec jego obecności.
Odnieśmy
tę sytuację do relacji międzyludzkich: co robimy, gdy przychodzi
nam przebywać z kimś, kogo nie lubimy, kogo nie akceptujemy, nie
chcemy..? Nie mamy możliwości powiedzieć mu: „Żegnaj na
zawsze!” Szukamy sposobu, aby sytuację oswoić, opanować –
każdy wedle własnych metod. Jedni przyjmą taktykę ignorowania,
inni – pogodzenia i tolerancji, a jeszcze inni podejmą działania,
by mimo wszystko pozbyć się intruza – będą usilnie próbowali
wypchnąć go siłą za drzwi, a nabawią się jedynie bólu w
ramionach.
Najrozsądniej
byłoby przenieść walkę ze stresem na nieco inny grunt, który
nazwę mianem: „odporność
na stres”.
I właśnie na ten grunt odważnie rzućmy rękawicę!
Autorka
artykułu, który zainspirował moją notkę, zaleca walkę ze
stresem na poziomie reakcji fizjologicznych, czyli relaksację
oddechową.
Paniom każe nauczyć się oddychać głęboko przeponą – zatem
przestańmy wypinać naszą dumę, czyli pierś! Zacznijmy
wykorzystywać do oddechu brzuch, choć zazwyczaj usiłujemy go
wciągać! Nasza sylwetka jakoś to zniesie! Powolne głębokie
wdechy i wydechy obniżą poziom stresu i odczujemy zbawienny luz.
Jeśli w myślach dodamy do oddechu frazę: „Jestem spokojny /
spokojna, opanowany / opanowana”, zauważymy jak rozluźniają się
mięśnie, uspokaja bicie serca.... Trudne? Żmudne? Raczej nie!
Możemy
też wpływać na nasze myśli. Wiedzą dziś wszyscy, że myśl ma
szczególną zdolność do materializowania się, do
urzeczywistniania. Stajemy
się bowiem dokładnie tacy, jak myślimy.
Przywołujemy stany, zdarzenia, które panoszą się w naszych
myślach. Odrywajmy się więc od myślenia o tym, co wywołuje w nas
stres, by nie nakręcić jego złowrogiej spirali. Wykreślmy z
naszych dręczących rozważań słowa: nigdy,
zawsze, muszę
– ich kategoryczność narzuca nam wszak przymus, a narzucanie, to
przecież znany nam z przytoczonej definicji wymóg.
Nie uda się? Wróć! Gdy tak pomyślimy, istotnie znajdziemy się w
martwym punkcie potyczki ze stresem!
Gdy
niechciane myśli zwyczajnie się uprą, aby powracać, za radą
autorki artykułu wyobraźcie sobie znak „STOP”,
czyli mówiąc potocznie: przystopujcie! Może nie dojdzie wtedy do
negatywnych emocji, które w stresie świetnie się czują i
przejmują nad nami władzę. Szczególnie silną emocją w takim
wypadku jest lęk.
Nie lubię go, a Wy?
Na
koniec, na pohybel stresowi, zacznijcie się śmiać! Nawet sztuczny
śmiech
sprawi, że będziecie czuli się lepiej – lepiej tylko dlatego, że
się śmiejecie. No i urodzie wyjdzie śmiech na zdrowie – wolimy
przecież mieć w okolicy oczu zmarszczki utrwalone śmiechem - kurze
łapki, niż pionowe bruzdy na czole, które poinformują cały świat
o naszym braku odporności na stres.
Aby
zamknąć moje dywagacje na temat stresu, przytoczę jedną z moich
ulubionych maksym: „Śmiech
jest jak sól, życie bez niego nie smakuje”
—
Karol Bunsch. A od siebie dodam, że nawet kawa traci bez niego swój
aromat, zatem zazwyczaj doprawiam ją odrobiną tej dźwięcznej
perlistej radości.
kategoria:
proza
|
2
X skomentowano
środa, 9 maja 2012
Niech pamięta! - z cyklu: Ludzie, o których
Sękata dłoń bez pośpiechu gładziła fotografię młodej dziewczyny.
Na kolana postaci siedzącej na krześle spływał gruby blond warkocz.
- Ela widzi, jaka ja była śliczna, gdy była młoda? Taki gruby warkocz, że chłopakom oczy latali, a ja jego wybrała, bo był dobry człowiek i zaradny. Dobrze, że nie dożył - przyszli i zabrali... i dom, i sad... Ja obejmowała jabłonki, płakała... Dobrze, że nie doczekał... A dobry był człowiek. Nawet we wojnę było co jeść - bo do handlu głowę miał, to i pieniądz był.
Bił i kobiety lubił...ale dobry człowiek, zapobiegliwy...
Teraz tu czasem syn przychodzi. Też bija, jak co źle zrobię, bo nerwowy.
A Ela niech pamięta: Jak przyjdzie sąsiadka, Ela mówi, że Ela moja wnuczka. Że od matki do babki uciekła, bo babka lepsza. Córka nie przyjeżdża, bo daleko..., to i wnuczka...
Dłoń ponownie głaszcze zdjęcie.
- Widzi Ela, jaka ja była śliczna?
Ela pamięta: Ela moja wnuczka.
Na kolana postaci siedzącej na krześle spływał gruby blond warkocz.
- Ela widzi, jaka ja była śliczna, gdy była młoda? Taki gruby warkocz, że chłopakom oczy latali, a ja jego wybrała, bo był dobry człowiek i zaradny. Dobrze, że nie dożył - przyszli i zabrali... i dom, i sad... Ja obejmowała jabłonki, płakała... Dobrze, że nie doczekał... A dobry był człowiek. Nawet we wojnę było co jeść - bo do handlu głowę miał, to i pieniądz był.
Bił i kobiety lubił...ale dobry człowiek, zapobiegliwy...
Teraz tu czasem syn przychodzi. Też bija, jak co źle zrobię, bo nerwowy.
A Ela niech pamięta: Jak przyjdzie sąsiadka, Ela mówi, że Ela moja wnuczka. Że od matki do babki uciekła, bo babka lepsza. Córka nie przyjeżdża, bo daleko..., to i wnuczka...
Dłoń ponownie głaszcze zdjęcie.
- Widzi Ela, jaka ja była śliczna?
Ela pamięta: Ela moja wnuczka.
kategoria:
proza
|
2
X skomentowano
środa, 25 kwietnia 2012
Lenistwo – jak wykorzystać je w pracy.
"Lenistwo
polega na tym, że człowiek odpoczywa, zanim się zmęczy."
- Jules Renard
Któż z nas nie
lubi przeciągnąć się leniwie, zatopić w błogości
"nicnierobienia", niepodejmowania nijakiego trudu..?
Owszem, takie chwile przytrafiają się każdemu, ale oby nie
stanowiły one stanu permanentnej bumelki, wiodącej do życiowej
pustki, gnuśności, nieużyteczności i bylejakości.
Sięgam właśnie
pamięcią do treningu motywacyjnego, w którym miałam kiedyś
sposobność uczestniczyć. Padło tam zdanie, że lenistwo można
postrzegać za zaletę w sytuacjach zawodowych. Brzmi to
niewiarygodnie i zapewne obudzi sprzeciw wszystkich, którzy
pracowitość uważają za cnotę, a leniom mówią zdecydowanie NIE!
Czegóż dowiedziałam się z owego szkolenia w rzeczonym temacie?
Otóż prelegent dowodził, że człowiek leniwy zrobi dosłownie
wszystko, aby skrócić etap podejmowanego wysiłku, czyli tak
zorganizuje swoje poczynania, by zajmowały mu jak najmniej
czasu, by nie przebiegały w męczący sposób, a jednocześnie aby
przyniosły zamierzony efekt. Zatem z lenistwa można wywieźć
skuteczność i umiejętność ekonomicznego gospodarowania
czasem. Paradoks? Władysław Grzeszczyk mądrze powiedział, że
"Paradoks - to dwa końca tej samej prawdy".
Pracusie nie mają wolnego czasu!
Podejmując
niniejszy temat rzypominam sobie rozmowę sprzed lat. Mój
interlokutor był wówczas skutecznym i sprawnym przedstawicielem
handlowym. Gdy zapytałam go o powód wyboru tego właśnie zawodu,
usłyszałam następującą odpowiedź: "A wiesz, zawsze miałem
w sobie niechęć do pracy i obie lewe ręce do roboty. Nauczyłem
sie więc handlować!" Wspomniany "leń" świetnie
sobie radził z handlowymi zadaniami i zawsze pozostawał mu czas
wolny, który mógł
poświęcać temu co lubi, czyli odpoczynkowi, relaksowi, hobby. I
zdawał sie być szczęśliwym człowiekiem, na powyższe zważywszy.
Mentalnemu lenistwu mówię NIE!
Wracając
jednak do "końców prawdy", nie sposób nie nadmienić o
zjawisku "lenistwa intelektualnego" lub
"umysłowego". Owo odnosi się do zaniechania
zadawania pytań, dogłębnego drążenia badanego tematu; na
poleganiu na już wypracowanej rutynie mentalnej i umysłowej. A
takie lenistwo zdecydowanie wyklucza dobrą organizację pracy i
skuteczność. Z "leniwca pozytywnego" zaś czyni
zwyczajnego nieroba. Czy ktoś z Was chciałby mieć takiego
pracownika bądź współpracownika w swoim miejscu pracy? Założę
się, że nie!
Jak zatem mądrze
wątek podsumować? Mnie jedno przychodzi do głowy: Jeśli chcesz
być szczęśliwym leniem, możesz siedzieć z założonymi rękami.
Ale nie zapominaj by ruszać głową!
![]() |
| http://blip.pl/tags/leniwiec |
kategoria:
proza
|
2
X skomentowano
środa, 7 marca 2012
„W pracy kobieta realizuje się, a nie zarabia”
Źródło cytatu -
http://biznes.interia.pl/biznes.interia.pl/news/w-pracy-kobieta-realizuje-sie-a-nie-zarabia,1653386
Już od momentu narodzin dziecka pojawiają się oczekiwania wobec niego w zakresie płci, które przez cały okres dzieciństwa są wzmacniane. Dziewczynka ma wyrosnąć koniecznie na wcielenie „kobiecości”, a chłopiec ma przejawiać zachowania wyłącznie „męskie”.
Skąd tak silna presja w kierunku budowania stereotypu? Uzasadnia ją po części dysformizm płciowy, czyli różnice anatomiczne – zdeterminowane biologicznie i niezależne od wpływu czynników społecznych. Możemy też mówić o pojęciu płci kulturowej, która odnosi się do sfery psyche.
Ale tak jak wszystko w życiu, stereotypy również są płynne, gdyż „tempora mutantur, nos et mutamur in illis” /czasy się zmieniają, a my wraz z nimi/... Wystarczy „rzucić okiem” na zagadnienie z historycznego punktu widzenia: przez całe stulecia kobiety i mężczyźni odróżniał ubiór, fryzura, język, maniery i styl życia. Kobiety wchodziły w społeczne role żon, matek, gospodyń domowych – mitycznych strażniczek domowego ogniska. Uczyły się błyszczeć na salonach, zdobić komody i etażerki precyzyjnie dzierganymi serwetami i lauferkami, sznurować swą kibić ciasnym gorsetem, tudzież godzinami gawędzić na typowo damskie, subtelne tematy. Mężczyzna był „głową rodziny” – chlebodawcą; do jego zadań należało zabezpieczanie ekonomicznych podstaw bytu. Dystyngowane niewiasty zazwyczaj nie podejmowały pracy zawodowej, a co za tym idzie, mocno gruntowały swoją pozycję wzorowych kur domowych. Zawodowy sukces, awans, kariera? Te pojęcia nie mieściły się w ówczesnej, jak wspomniany gorset ciasnej, roli kobiety.
Dzisiaj mamy do czynienia z postępującą unifikacją płci: zmiany obyczajowe, zmiany warunków ekonomicznych, a wreszcie nowe podejście do kształcenia i wykształcenia kobiet, uformowały kobietę nową – wyemancypowaną, niezależną finansowo od mężczyzny, wykształconą i obdarzoną nową świadomością świata i samej siebie. Uwolnione z salonów i z fiszbin wpisały w swój słownik kategorie takie jak: zawodowe ambicje, samorealizacja i samorozwój. Wyruszyły ze świata kuchni w przestrzeń zawodowej kariery.
Unifikacja nie objęła jednak swym zasięgiem każdego aspektu zagadnienia p.t.: „kobieta a mężczyzna”; pozostały różnice. Choć panie wcielają się w ambitne i zaradne pracownice, w przedsiębiorcze szefowe firm, to dostrzega się u nich większą determinację w realizowaniu celów: nie są bowiem historycznie, tudzież histerycznie ukierunkowane wyłącznie na zarabianie pieniędzy. Konkurują skutecznie z mężczyznami na identycznych stanowiskach, w takich samych warunkach prowadzonych przedsiębiorstw, w podobnych społecznych sytuacjach. Kobietom przypisuje się też odpowiedzialność, siłę rozpędu, bo to one głównie są nią obarczone w sytuacjach rodzinnych.
Tracąc przysłowiowy gorset i hafciarską kanwę, kobieta zdobyła pewność siebie i poczucie własnej wartości. Zachowała jednocześnie odrębność w sposobie podchodzenia do zawodowych celów. I wypracowała coś jeszcze: umiejętność godzenia ról – tradycyjnej i tej wyznaczonej duchem czasu. Zachowała to coś, co z dumą określa ŚWIADOMOŚCIĄ WŁASNEJ KOBIECOŚCI.
Czego życzyć kobietom nowoczesnym? Aby nadal były określane mianem płci pięknej. Aby cieszyły je kwiaty otrzymywane od panów, zachwyt w męskich oczach, miłość ich dzieci i płynąca z tego radość życia.
Pozwolę też sobie dorzucić aforyzm Nikity Michałkowa: „Kobieta,która przestaje być kobietą, przemienia się w paskudnego mężczyznę”.
http://biznes.interia.pl/biznes.interia.pl/news/w-pracy-kobieta-realizuje-sie-a-nie-zarabia,1653386
Już od momentu narodzin dziecka pojawiają się oczekiwania wobec niego w zakresie płci, które przez cały okres dzieciństwa są wzmacniane. Dziewczynka ma wyrosnąć koniecznie na wcielenie „kobiecości”, a chłopiec ma przejawiać zachowania wyłącznie „męskie”.
Skąd tak silna presja w kierunku budowania stereotypu? Uzasadnia ją po części dysformizm płciowy, czyli różnice anatomiczne – zdeterminowane biologicznie i niezależne od wpływu czynników społecznych. Możemy też mówić o pojęciu płci kulturowej, która odnosi się do sfery psyche.
Ale tak jak wszystko w życiu, stereotypy również są płynne, gdyż „tempora mutantur, nos et mutamur in illis” /czasy się zmieniają, a my wraz z nimi/... Wystarczy „rzucić okiem” na zagadnienie z historycznego punktu widzenia: przez całe stulecia kobiety i mężczyźni odróżniał ubiór, fryzura, język, maniery i styl życia. Kobiety wchodziły w społeczne role żon, matek, gospodyń domowych – mitycznych strażniczek domowego ogniska. Uczyły się błyszczeć na salonach, zdobić komody i etażerki precyzyjnie dzierganymi serwetami i lauferkami, sznurować swą kibić ciasnym gorsetem, tudzież godzinami gawędzić na typowo damskie, subtelne tematy. Mężczyzna był „głową rodziny” – chlebodawcą; do jego zadań należało zabezpieczanie ekonomicznych podstaw bytu. Dystyngowane niewiasty zazwyczaj nie podejmowały pracy zawodowej, a co za tym idzie, mocno gruntowały swoją pozycję wzorowych kur domowych. Zawodowy sukces, awans, kariera? Te pojęcia nie mieściły się w ówczesnej, jak wspomniany gorset ciasnej, roli kobiety.
Dzisiaj mamy do czynienia z postępującą unifikacją płci: zmiany obyczajowe, zmiany warunków ekonomicznych, a wreszcie nowe podejście do kształcenia i wykształcenia kobiet, uformowały kobietę nową – wyemancypowaną, niezależną finansowo od mężczyzny, wykształconą i obdarzoną nową świadomością świata i samej siebie. Uwolnione z salonów i z fiszbin wpisały w swój słownik kategorie takie jak: zawodowe ambicje, samorealizacja i samorozwój. Wyruszyły ze świata kuchni w przestrzeń zawodowej kariery.
Unifikacja nie objęła jednak swym zasięgiem każdego aspektu zagadnienia p.t.: „kobieta a mężczyzna”; pozostały różnice. Choć panie wcielają się w ambitne i zaradne pracownice, w przedsiębiorcze szefowe firm, to dostrzega się u nich większą determinację w realizowaniu celów: nie są bowiem historycznie, tudzież histerycznie ukierunkowane wyłącznie na zarabianie pieniędzy. Konkurują skutecznie z mężczyznami na identycznych stanowiskach, w takich samych warunkach prowadzonych przedsiębiorstw, w podobnych społecznych sytuacjach. Kobietom przypisuje się też odpowiedzialność, siłę rozpędu, bo to one głównie są nią obarczone w sytuacjach rodzinnych.
Tracąc przysłowiowy gorset i hafciarską kanwę, kobieta zdobyła pewność siebie i poczucie własnej wartości. Zachowała jednocześnie odrębność w sposobie podchodzenia do zawodowych celów. I wypracowała coś jeszcze: umiejętność godzenia ról – tradycyjnej i tej wyznaczonej duchem czasu. Zachowała to coś, co z dumą określa ŚWIADOMOŚCIĄ WŁASNEJ KOBIECOŚCI.
Czego życzyć kobietom nowoczesnym? Aby nadal były określane mianem płci pięknej. Aby cieszyły je kwiaty otrzymywane od panów, zachwyt w męskich oczach, miłość ich dzieci i płynąca z tego radość życia.
Pozwolę też sobie dorzucić aforyzm Nikity Michałkowa: „Kobieta,która przestaje być kobietą, przemienia się w paskudnego mężczyznę”.
kategoria:
proza
|
2
X skomentowano
wtorek, 3 stycznia 2012
Oby nie gorszy
Tupały drewniaki. wykładzina nie tłumiła kroków przemierzanych w pospiechu wzdłuż korytarza. Na sali tylko mała lampka rozsnuwała żółtawe mdłe światło. Babcia obok chrapała, od czasu do czasu przerywając ten dźwięk boleściwym "ojojoj..." Dało się przywyknąć i nie zwracać uwagi. Gorąco. Termostat grzejnika nie dawał się nijak uregulować i pot przyklejał włosy do karku pod ortopedycznym kołnierzem. Przed oczami tafla okna - jasna noc i rysunki fajerwerków. Piękne, kolorowe, zamaszyste i jakieś nierzeczywiście radosne - bez zapachu szczelnie odizolowanego zamkniętym oknem.
Weszła pielęgniarka - biały anioł z kroplówką w ręku. Sięgnęła po lateksowe ochronne rękawiczki. Dobrała się do centralnego wkłucia w przedramieniu babci.
- Boli?
- Pewnie, że boli! Zawsze wam to mówię...
Wyszła, gasząc zapalone uprzednio jarzeniowe światło, które świeciło prosto w oczy i burzyło obraz zatrzymanych w pamięci fajerwerków.
Marzenka obudziła się i jak zwykle zagadała o ucisku pod czaszką, który jeszcze niedawno nie dawał jej spać.
Znowu można śledzić barwy i taniec podniebnych świetlistych kompozycji. I wypowiadać w myślach życzenia, aby na drugi rok babcia.., aby Marzenka...
Noc mija, tupot na korytarzu, salwy i już nowy. I już senność...
I już ranek jak inne - szósta, temperatura w normie.
Marzenka gorączkuje.
Dobrze, że za korytarzem, na klatce schodowej można po staremu zapalić fajka. Bo nie było noworocznych postanowień; jedynie myśl: oby nie gorszy od poprzedniego!
Weszła pielęgniarka - biały anioł z kroplówką w ręku. Sięgnęła po lateksowe ochronne rękawiczki. Dobrała się do centralnego wkłucia w przedramieniu babci.
- Boli?
- Pewnie, że boli! Zawsze wam to mówię...
Wyszła, gasząc zapalone uprzednio jarzeniowe światło, które świeciło prosto w oczy i burzyło obraz zatrzymanych w pamięci fajerwerków.
Marzenka obudziła się i jak zwykle zagadała o ucisku pod czaszką, który jeszcze niedawno nie dawał jej spać.
Znowu można śledzić barwy i taniec podniebnych świetlistych kompozycji. I wypowiadać w myślach życzenia, aby na drugi rok babcia.., aby Marzenka...
Noc mija, tupot na korytarzu, salwy i już nowy. I już senność...
I już ranek jak inne - szósta, temperatura w normie.
Marzenka gorączkuje.
Dobrze, że za korytarzem, na klatce schodowej można po staremu zapalić fajka. Bo nie było noworocznych postanowień; jedynie myśl: oby nie gorszy od poprzedniego!
kategoria:
proza
|
0
X skomentowano
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Kategorie
- a tak plagiatuja!!!!!!!!! (1)
- absurdalia (13)
- aforyzmy (9)
- autorskie recytacje (4)
- bajkolandia - wiersze da dzieci (10)
- Cykl liryczny "Mój świecie" (7)
- Cykl monologów: Skype me! (17)
- cykl: Trudne kobiety (10)
- erekcjato (7)
- fraszki (8)
- limeryki (22)
- lirycznie z rymem (168)
- proza (32)
- Przeklad(y) (5)
- recenzje - słowa wstępne (2)
- satyrycznie z rymem (40)
- tautogram (5)
- teksty piosenek (41)
- villanella (5)
- w miniaturze (59)
- wiersze wolne i białe (213)
- z rymem (53)
Archiwum
- czerwca (1)
- września (3)
- lutego (2)
- kwietnia (1)
- marca (1)
- października (2)
- sierpnia (3)
- lipca (3)
- czerwca (5)
- maja (1)
- kwietnia (4)
- marca (1)
- lutego (2)
- stycznia (13)
- grudnia (8)
- listopada (12)
- października (14)
- września (18)
- sierpnia (14)
- lipca (2)
- czerwca (4)
- maja (2)
- kwietnia (3)
- marca (9)
- lutego (2)
- stycznia (3)
- grudnia (1)
- listopada (4)
- października (1)
- września (6)
- sierpnia (5)
- lipca (7)
- czerwca (11)
- maja (10)
- kwietnia (33)
- marca (21)
- lutego (6)
- stycznia (11)
- grudnia (13)
- listopada (6)
- października (12)
- września (11)
- sierpnia (20)
- lipca (10)
- czerwca (1)
- maja (13)
- kwietnia (19)
- marca (17)
- lutego (17)
- stycznia (16)
- grudnia (11)
- listopada (2)
- października (1)
- września (8)
- lipca (1)
- czerwca (8)
- maja (9)
- kwietnia (14)
- marca (7)
- lutego (8)
- stycznia (14)
- grudnia (12)
- listopada (13)
- października (10)
- września (10)
- sierpnia (1)
- lipca (8)
- czerwca (4)
- maja (6)
- kwietnia (10)
- marca (17)
- lutego (4)
- stycznia (10)
- grudnia (12)
- listopada (8)
- października (17)
- września (28)
- sierpnia (6)
- lipca (5)
- czerwca (11)
- maja (15)
- kwietnia (59)
Obsługiwane przez usługę Blogger.




















